http://www.zdzislawkulis.ecom.com.pl/

Spotkanie z Jarosławem Kretem w bibliotece w Kazimierzy Wielkiej

(fot. MGiPBP w Kazimierzy Wielkiej)


Kazimierza Wielka, 26-09-2017

O podróżach, również tych duchowych, książkach, karierze w mediach a także... o pogodzie mogliśmy posłuchać podczas spotkania ze znanym dziennikarzem Jarosławem Kretem.

Pomimo niesprzyjającej aury w poniedziałkowe popołudnie 25 września czytelnia naszej biblioteki wypełniła się po brzegi gośćmi, którzy przyszli na "żywo" zobaczyć i posłuchać Jarosława Kreta, którego na co dzień znają z ekranu telewizora.

Jarosław Kret popularność zyskał przede wszystkim jako prezenter pogody najpierw w TVP a obecnie w Nowa Tv. Uczestnicząc w spotkaniu można było poznać jego osobę z innej perspektywy, jako podróżnika, obywatela świata, autora książek - człowieka o bardzo bogatej osobowości i ciekawym spojrzeniu na otaczającą nas rzeczywistość.

(fot. MGiPBP w Kazimierzy Wielkiej)

Nasz gość wyznał, że od zawsze marzył o pisaniu książek. Praca dziennikarska i studia zaciekawiły go światem i nauczyły otwartości i szacunku do innych kultur. Jarosław Kret ukończył egiptologię, studiował też archeologię śródziemnomorską, afrykanistykę i kulturoznawstwo. Z mediami jest związany od lat 90. Karierę rozpoczynał w prywatnej telewizji, potem był prezenterem i reporterem Telexspressu. Prowadził autorskie programy telewizyjne takie jak: "Klub podróżników", "Polska według Kreta", "Planeta według Kreta". Nakręcił ponad 20 filmów podróżniczych i reportaży. Pracował jako starszy redaktor i fotoreporter w National Geographic Polska.

Kiedy w 2002 roku zaproponowano mu posadę prezentera pogody propozycje początkowo odrzucił, chcąc się poświęcić pisaniu książek. Jarosław Kret przyznał, że przekonał go dopiero argument, że jego książki nie będą się sprzedawały, jeżeli nie będzie popularny, a tą popularność może zapewnić mu proponowane stanowisko - i tak się stało.

Optymistyczna prognoza

Spotkanie z Jarosławem Kretem w naszej bibliotece można podzielić na dwa bloki tematyczne. W pierwszej części nasz gość uprzedzając pytania uczestników, zapewnił, że w tym tygodniu czeka nas poprawa pogody. Następnie wyjaśnił, że wszelkie anomalia i zjawiska pogodowe, które miały miejsce w Polsce tego roku są wynikiem ocieplania się klimatu. Zapewnił, że globalne ocieplenie to nie mit i uratować nas mogą jedynie alternatywne źródła energii.

Wyjaśnił szczegółowo - w nieszablonowy sposób - zjawisko powstawania niżów i wyżów barometrycznych oraz cyklonów. Dowiedzieliśmy się, dlaczego podczas tego lata nad polskim morzem było 18 stopni Celsjusza podczas gdy w Krakowie, w tym samym czasie, panował trzydziestostopniowy upał. Po tej porządnej dawce geograficznej wiedzy Jarosław Kret zabrał nas w podróż do Ziemi Świętej, której poświęcił swoją ostatnią książkę.

Podróże nie kształcą to my kształcimy się podczas podróży

(fot. MGiPBP w Kazimierzy Wielkiej)

Jarosław Kret wypowiadając te słowa w drugiej części spotkania przekonywał słuchaczy, że samo podróżowanie nie gwarantuje rozwoju i poszerzeniu horyzontów. Aby poznać kulturę i życie w obcym państwie trzeba mieć otwarte nie tylko oczy, ale też i umysł. Tytuły jego książek - "Mój Egipt", "Moje Indie", "Mój Madagaskar" sugerują subiektywne spojrzenia autora na kraje, w których przebywał jako student i dziennikarz. W krajach tych zatrzymywał się przez dłuższy czas i wielokrotnie do nich powracał, odkrywając je w swój własny sposób. Prezentując uczestnikom spotkania zdjęcia z Ziemi Świętej zachęcał do subiektywnego odbioru tego szczególnego miejsca, w którym zderzają się trzy monoteistyczne religie świata. Zachęcał do własnych poszukiwań i nie trzymania się kurczowo stereotypów.

Na zakończenie trwającego blisko 2,5 godziny spotkania nasz gość otrzymał podziękowania i upominki od burmistrza Adama Bodziocha, dyrektor biblioteki Niny Turek-Kwiecień i regionalisty Zdzisława Kulisia.

Spotkanie było jednym z ciekawszych, jakie odbyły się w naszej bibliotece. Słuchacze byli pod wrażeniem osobowości i elokwencji gościa oraz jego wytrwałości, gdyż po spotkaniu w części nieoficjalnej podpisywał i pozował do zdjęć żartując i opowiadając anegdoty.

Joanna Kądziela-Kot


(fot. MGiPBP w Kazimierzy Wielkiej)

Wydarzenie było częścią projektu, który realizuje nasza biblioteka, a którego celem jest promocja czytelnictwa poprzez spotkania z ciekawymi ludźmi ze świata książki oraz ze świata mediów. Nasz projekt "Spotkania autorskie" otrzymał dofinansowaniem Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach programu "Partnerstwo dla Książki 2017". Koordynatorem projektu z ramienia biblioteki jest Adam Bienias, w skład zespołu projektowego wchodzą Greta Dzikowska i Joanna Kądziela-Kot. Tej jesieni odbędą się jeszcze spotkania z Janem Grzegorczykiem (5 października godz. 17.00), Romanem Czejarkiem (7 listopada godz. 15.00) oraz Katarzyną Bereniką Miszczuk (18 listopada godz.15.00).

Jak ten czas leci...

altanki nad zalewem (fot. zbiory autora)


Kazimierza Wielka, 2-10-2017

Ludzie jak ten czas leci. Pamiętam jak dziś ten dzień, kiedy zebraliśmy się we wrześniu ubiegłego roku w tym samym miejscu co dziś w altankach nad kazimierskim zalewem aby powitać jesień. I już minął rok. Rok więcej na nasze barki, rok więcej w kalendarzu naszego życia. Wtedy sztandarową piosenką była: Już jesień, a prym wiodła nieodżałowana nasza pani profesor Emilia Molska.

Wiosną tego roku pożegnała nas na zawsze i dziś nie ma jej wśród nas, ale zapewne patrzy na nas z góry obserwując każdy nasz krok, każde postępowanie kazimierskiego Klubu Seniora, działającego przy Kazimierskim Ośrodku Kultury. I tak jak w roku ubiegłym, tak i w piątek, 29 września zebraliśmy się w tym samym miejscu, aby godnie przy grilu pożegnać lato, które odeszło, a powitać jesień. Cóż nam ludziom w wieku dojrzałym pozostało? Cieszmy się tym co mamy, a mamy najcenniejszy skarb na świecie - życie. Cieszmy się każdym dniem, każdą porą roku, dlatego tak jak potrafimy tak je witamy.

Agnieszka Styczeń otwiera spotkanie (fot. zbiory autora)
smacznego! od lewej przodem Zbigniew Karwacki, Wanda Zapart, Krystyna Kwiecień, Stefan Jedynak (fot. zbiory autora)


A więc zajęliśmy godnie miejsca w dwóch altankach nad kazimierskim jeziorem i śpiewaliśmy piękne piosenki nie tylko o jesieni, ale różne. Treść Jednej z nich przytoczę na końcu artykułu. Słuchaliśmy też pięknej muzyki i piosenek w stylu retro odtwarzanej z aparatury Marka Orczyka członka Klubu Seniora. Były też obecne gospodynie ze Słonowic zrzeszone w Kole Gospodyń Wiejskich, które zadbały o sprawy kulinarne.

Każdy mógł skosztować przyrządzonej na grilu gorącej kaszanki, kiełbaski i co najważniejsze ziemniaka pieczonego w celofanie. Toż to przecież jesień kojarzy się z pieczeniem ziemniaków. Kawosze popijali kawkę, żeby ukoić gardło i przygotować do dalszego śpiewu, a ci, którzy specjalnie nie są za używkami popijali zieloną herbatkę. Były też winogrona i śliwki węgierki, a także ciastka, najlepsze ciastka bez żadnej ciężkostrawnej masy.

Takież to jest powitanie jesieni nad kazimierskim jeziorem. Wesoło i suto.

seniorzy śpiewają piosenki (fot. zbiory autora)
Zdzisław Kuliś wręcz różę Agnieszce Styczeń (fot. zbiory autora)


Piszę kazimierskim jeziorem, toż to ten zalew, to prawdziwe jezioro, ma około 20 hektarów lustra wody. Dla nie znających naszych okolic chcę wyjaśnić, że to nie jest ten zalew przy wjeździe do Kazimierzy Wielkiej tuż blisko ronda. To jest tzw. zalew stary, natomiast nowy jest wśród pól, niemal nie widoczny od drogi asfaltowej w kierunku Proszowic.

Ach, byłbym zapomniał. Koordynatorką pracy naszego Klubu Seniora jest Agnieszka Styczeń, która pracuje w Urzędzie Miasta i Gminy w referacie promocji i ona zawsze dba, aby nasze spotkania wypadały pomyślnie. I za to otrzymała piękną czerwoną różę od seniora kazimierskiego poety regionalisty Zdzisława Kulisia. Podarek jest tym cenniejszy, bo wyhodowany we własnym ogródku pana Zdzisława.

A drugą ciekawostką, która niemal nie umknęła mi z głowy to były tańce. Jakże można było się obejść bez tradycyjnych kazimierskich tańców na świeżym powietrzu, najzdrowszym powietrzu w świętokrzyskim i małopolskim, które jest podwaliną, symbolicznym kamieniem węgielnym pod uzdrowisko w tym właśnie miejscu między Donosami, a Kazimierzą Wielką i tak je zawsze nazywajmy. To zdrowe powietrze nie skażone działaniami przemysłu jest najcenniejszym zadatkiem do budowy uzdrowiska na skalę przynajmniej krajową.

Zdzisław Kuliś


w rytmie tańca (fot. zbiory autora)
kazimierski zalew o zmierzchu (fot. zbiory autora)

Kuracjusz
na melodię "Niech żyje wolność"

Miała baba chłopa, chłopa jedynego
i do sanatorium wysłała chorego.

Ref. Niech żyje wolność, wolność i swoboda. Niech żyje zabawa i kuracjuszka młoda

Żeby chłop się leczył, bo był chorowity,
ale nie wiedziała, że tam są kobity.

Ref. Niech żyje wolność...

A gdy to zobaczył nie miał wątpliwości,
że w tym sanatorium, to nie będzie pościł.

Ref.

Kiedy chłop poznawał kobitki szalone,
to szybko zapomniał, że ma w domu żonę.

Ref.

Chłop chociaż sercowy tańczy na całego
serce nie stanęło, stało coś innego.

Ref.

Gdy wrócił do domu żona go witała,
ale nic groźnego nie podejrzewała.

Ref.

Nie podejrzewała w nim żadnej rozpusty,
kiedy zobaczyła, że ma portfel pusty.

Ref.

Portfel miał on pusty, a w nim trzy adresy
wtedy zrozumiała, że na pewno zgrzeszył.

Ref.

Wy miłe kobitki, dobrze uważajcie
i samego chłopa nigdzie nie puszczajcie.

Ref.

autor NN

Obchody Dnia Osób Starszych

od lewej: Agnieszka Styczeń, Wiesław Rębacz i Zdzisław Kuliś (fot. zbiory autora)


Kazimierza Wielka, 21-10-2017

Tak się składa, że jesienią mamy kilka Świąt poświęconych nie tylko emerytom, ale w ogóle ludziom starszym. I tak w dniu 1 października przypada Międzynarodowy Dzień Osób Starszych, 20 października Europejski Dzień Seniora i 14 listopada Ogólnopolski Dzień Seniora. Kazimierscy Emeryci, Renciści i Inwalidzi nie mogli pozwolić, a by te Święta na naszej pięknej ziemi kazimierskiej pozostały bez echa.

W związku z tym połączono je razem i zorganizowano w wypośrodkowanym terminie 20 października spotkanie w Zajeździe Słonecznym w Donosach, które to poświęcono tym właśnie Świętom. W spotkaniu wzięło udział około sześćdziesiąt osób. Wzięła w nim udział wydelegowana przez burmistrza Agnieszka Styczeń pracownica Urzędu Miasta i Gminy w Kazimierzy Wielkiej. Obecny był również Lucjan Małek radny Miasta i Gminy.

Uroczystość otworzył prezes Kazimierskiego Oddziału Związku Wiesław Rębacz i wraz z Agnieszką Styczeń w swych przemówieniach nawiązywali do tradycji obchodzenia Święta Międzynarodowego Dnia Osób Starszych.

przy stole (fot. zbiory autora)
chórek emerycki, od lewej: Wiesław Rębacz, Zenona Menkała, Regina Kuliś, Krystyna Kwiecień, na harmonii gra Stefan Jedynak (fot. zbiory autora)


Otóż Święto to obchodzone jest pierwszego października, a ustanowione zostało przez zgromadzenie ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych czternastego grudnia 1990 roku. Jest ono poświęcone zagadnieniu starzenia się i jest okazją do intensywniejszego propagowania postulatów mających na celu poprawę sytuacji osób dojrzałych, walki z dyskryminacją, zapobiegania niepełnosprawności, zapewnienia odpowiedniej opieki zdrowotnej i równego udziału w rozwoju kulturalnym i ekonomicznym społeczeństw.

W naszym przypadku termin obchodów ustalono na dzień 20 października. Starodawnym zwyczajem, tak prezes jak i występująca w imieniu burmistrza Agnieszka Styczeń, życzyli emerytom dużo zdrowia i długiego życia przy zdrowiu. Po ich wystąpieniu głos zabrał Zdzisław Kuliś kazimierski poeta regionalista i fotografik członek Związku Emerytów i Rencistów, który odczytał wiersz pt. Witajcie przyjaciele specjalnie napisany na tą uroczystość, który dołączam do niniejszego artykułu. Wiersz spodobał się obecnym czyli rówieśnikom Zdzisława, którzy nagrodzili go gromkimi brawami.

sto lat dla pani Jadzi (pierwsza z lewej) (fot. zbiory autora)
wesołe tańce (fot. zbiory autora)


A potem? Potem było drugie danie, kawa lub herbata, jak kto lubi, i pączek, a jeszcze potem był program rozrywkowy przygotowany przez emerytów, a w nim tańce w rytm zespołu Piotrex z Kazimierzy Małej. Królowały melodie taneczne ulubione przez emerytów z lat sześćdziesiątych. W przerwach pięknie śpiewał emerycki chórek w którym wystąpiły obdarzone dobrym głosem panie i panowie. Były to: Zenona Menkała, Regina Kuliś, Krystyna Kwiecień i Wiesław Rębacz. Na harmonii przygrywał Stefan Jedynak.

Czas umilała również dwuosobowa kapela wiejska. Dwóch panów wykonywało na harmonii i tamburino piękne melodie w stylu retro. Wielu osobom płynęły łzy radości na samą myśl jak to kazimierscy emeryci potrafią się bawić.

Rożni ludzie o różnych zawodach, którzy w przeszłości pracowali na rożnych stanowiskach o zróżnicowanym wieku, niejednokrotnie przełożeni i podwładni potrafią się z integrować i bawić się wspólnie jak jedna rodzina. I to jest pocieszające i to jest zrealizowany cel naszego Związku.

kapela wiejska dwuosobowa (fot. zbiory autora)
Agnieszka Styczeń i Wiesław Rębacz w tańcu (fot. zbiory autora)


Pięć dni temu nasza emerytka pani Jadwiga Bojko obchodziła swoje imieniny. Nie zapomnieli o tym wydarzeniu uczestniczący w spotkaniu emeryci i na stojąco odśpiewali sto lat dla pani Jadwigi. A zaraz potem korek wystrzelił z otwieranego szampana i kielichy poszły w górę wznosząc toast imieninowy.

Czas płynął i piękne melodie piosenek też przy pachnącej kawie i herbacie i nie wiadomo kiedy nastała godzina dwudziesta druga i pora wracać do domów rodzinnych. O tej godzinie podjechał jak zawsze autokar i wszyscy odjechali żegnając się jak zwykle: do zobaczenia!

Zdzisław Kuliś


Witajcie przyjaciele

Witam Was drodzy przyjaciele
Na corocznym spotkaniu w dniu naszego święta.
Cieszmy się, że przybyło nas tak wiele
I, że tak dużo osób o tym pamięta.

Bo cóż nam w życiu pozostało?
Nam starszym często schorowanym.
Teraz, kiedy się całe życie przepracowało
Spotkać się z kimś lubianym.

Jesteśmy tutaj emerytami,
Ale różnimy się wiekiem.
Chociaż znaczna część życia za nami
Emeryt nie musi być smutnym człowiekiem.

Jak miło widzieć te uśmiechnięte twarze
I oczy płonące radością.
Jak miło widzieć nas wszystkich razem
Cieszących się wielką miłością.

Miłością do swoich już nie młodych dzieci
I wnuków już często dorosłych.
I pomimo, że czas szybko leci
Cieszmy się z tych dni radosnych.

Cieszmy się każdym nowym dniem
I słońcem świecącym.
Cieszmy się każdym snem
I każdym ptakiem śpiewającym.

Patrzmy na innych przyjaźnie.
Nie obgadujmy ich za plecami.
Porozmawiajmy odważnie
Kiedy nie zgadzają się z nami.

Dzisiaj się miło zabawimy

Przy herbacie i kawie
I wesoło potańczymy.
Prawda prezesie Wiesławie?

Zdzisław Kuliś; Donosy, październik 2017

Kilka wierszy (i nie tylko) Zdzisława...

Zdzisław Kuliś
pióro, klawiatura... - poezja

styczeń 1942 - łapanka(źródło: Bundesarchiv, bild 183- B 18164 foto: Zundorf Hans)


Donosy, 29-09-2018

Łapanka

Poniedziałek.
W pobliskim miasteczku dzień targowy.
Zostawiła w domu pięcioro małych dzieci i męża.
Poszła sprzedać trochę masła, sera i jajek.
Całą nadwyżkę, czego rodzina nie skonsumowała w tygodniu.
Jedna dobra krowa i kilkanaście kur wystarczyło do zaopatrzenia w produkty mleczne i jajka całej rodziny.
Sporo jeszcze pozostało. Tego nie wolno zmarnować.
Chciała sprzedać.
I poszła na wspomniany targ. Jak zawsze zresztą.
Miała wrócić za dwie, najwyżej trzy godziny.
Było rano. Godzina siódma.
O dziesiątej mąż i dzieci zaczęli się niecierpliwić.
Tak długo jeszcze nigdy nie była.
Dzieci wołały jeść.
Ojciec nie bardzo wiedział, co im dać.
Nie naszykowała wychodząc z domu.
Jak wrócę, to je nakarmię. Powiedziała.
Ale nie wróciła.
Trwała wojna.
Z minuty na minutę narastał niepokój.
Dzieci, a najbardziej mąż wpadali w panikę.
On tego nie okazywał.
Udawał, że wszystko w porządku, ale wiedział, że coś jest nie tak.
Później dowiedział się, że była łapanka.
W sąsiedniej wiosce Niemcy zastawili pułapkę.
Koło cegielni.
Łapali ludzi, którzy wracali z targu.
Niewinnych ludzi.
Czyżby to ją też spotkało?
Po południu przyszedł sąsiad. Nie bezpośredni.
Jego dom od ich domu dzieliły dwa zabudowania.
Opowiedział co się stało.
Jego też złapali.
Wsadzili na furmankę, tę samą co ją i wieźli do Koniecmostów, koło Wiślicy. Tam mieli kopać rowy obronne dla wojsk niemieckich.
Jechali nieutwardzoną drogą. W pewnym momencie wjechali w las.
W Broniszowie.
Nie zważając na Niemców siedzących na furmance z karabinami gotowymi do strzału, pomyślał:
Teraz, albo nigdy.
Wykorzystał krótką ich nieuwagę. Zeskoczył, dając susa w las.
Gęste zarośla rosnące między drzewami były dla niego schronieniem.
Niemcy oddali dwa strzały. Okazało się, że chybili.
Biegł dalej i dalej w las. Nasłuchiwał, wszędzie cisza.
Skierował się w stronę Kazimierzy Wielkiej i ruszył naprzód.
Aż dotarł do swojego domu.
moje zdjęcie od Komunii Świętej 1949 r., z lewej ja, z prawej Józef Sagan syn sąsiada który też był w tym dniu zatrzymany i uciekł w lesie w Broniszowie(fot. zbiory autora)
Powiedział tylko, że żyje i przyszedł tutaj. Do rodziny oczekującej matki.
Opowiedział, co się wydarzyło. To było straszne.
Dzieci nie wiedziały nic, ale ojciec był zszokowany.
Musiał jednak zachować spokój.
Co teraz? Co teraz będzie? Myślał.
Najważniejsze zadbać o dzieci.
Pięcioro dzieci. Od dwóch do trzynastu lat.
Czas płynął tak wolno i smutek wokoło.
Dzieci wciąż pytają o mamę.
A jej nie ma.
I nie wiadomo, czy w ogóle będzie.
Czego oczekiwać? Czy lepiej żeby czas płynął wolno, czy szybko?
Po Niemcach można się spodziewać wszystkiego.
Torturowali i mordowali bez litości.
Ale może nie spotka ich najgorsze. Nadzieję trzeba mieć zawsze.
Słońce chyliło się ku zachodowi. Ojciec zrobił dla dzieci kolację.
Pomagała najstarsza córka.
Sam cały dzień nie jadł nic.
Dzieci siedziały w domu jedząc kolację, a on co chwilę wyglądał na pole i patrzył w stronę, z której powinna nadejść.
Nic. Ani żywej duszy.
Wszedł do domu, usiadł i zabawiał dzieci.
Zmęczony stresem już nawet myśleć nie miał siły.
Nagle słychać otwierające się drzwi z pola do sieni.
Wszyscy poderwali się na nogi.
Ojciec podbiegł do drzwi prowadzących z sieni do izby i nagle w nich stanęła żona, matka zapłakanych dzieci.
Uciekłam.
Powiedziała zapłakana, usiadła na łóżku zmęczona, otoczona gromadką dzieci.
Ponad dwadzieścia kilometrów uciekała polami w strachu, że w każdej chwili mogą ją dopaść hitlerowscy oprawcy.
Kiedy dzieci poszły spać o okolicznościach ucieczki opowiedziała mężowi:
Wpędzili nas na jakiś ogrodzony plac.
Dużo ludzi. Kobiety i mężczyźni.
Jak zwykle w takich okolicznościach, powstała panika.
Jedni płakali, drudzy krzyczeli, inni się odgrażali, niektórzy chodzili i skakali po tym placu. A inni stali nieruchomo.
A gdy doszła do nich fama, że zawiozą ich do Oświęcimia, kobiety włosy na głowie rwały, a mężczyźni byli gotowi atakować Niemców.
Przez cały czas kręcił się tam około dziesięcioletni chłopiec.
Widząc mnie zapłakaną mówi: niech Pani ucieka. Ja ich będę obserwował.
Za chwilę półgłosem woła: Pani teraz!
Zrobiłam krok i stanęłam. Jakby zesztywniały mi nogi.
Wtem słyszę głos chłopca: yyyyy...
Strach przed śmiercią był niesamowity, a jeszcze większy żal i tęsknota do pozostawionych dzieci.
To było silniejsze i z ucieczki nie zrezygnowała.
Jeszcze nie opuściły ją myśli o dzieciach i znów słyszy stłumiony głos chłopca:
Pani teraz!
I pobiegła za otwartą bramę, a tam wąska dróżka za zakrętem i gęste zarośla, które czyniły ją niewidoczną.
Biegła ile tylko miała sił, nie oglądając się za siebie.
Stanęła dopiero, gdy usłyszała wystrzał karabinowy.
Obejrzała się. Nie było nikogo.
Po lewej i prawej stronie też nie było.
Ruszyła więc dalej rozmyślając, po co ten strzał?
Może do niej? A może też ktoś uciekał i do niego?
A może po prostu na postrach?
Ruszyła w dalszą drogę, trochę szybkim krokiem, trochę biegiem.
Na skróty przez pola. Byle bliżej domu.
Bliżej ukochanych dzieci i męża.
Kiedy skończyła swoją opowieść, było już późno.
Wtem usłyszała płacz najmłodszego Zdzisia.
Chyba mu się coś śniło, bo wymachiwał rączkami i wołał:
mama nie, mama nie.
Tym najmłodszym chłopcem byłem ja.
Za siedem lat przystąpiłem do Sakramentu Komunii Świętej.

Zdzisław Kuliś, Donosy, 1986

(fot. nadesłane)

-
Donosy, 24-05-2018

Jak mówią źródła historyczne początki Dnia Matki sięgają czasów starożytnych greków i rzymian. W stanach Zjednoczonych zaś dzień ten obchodzony jest od 1858 roku, kiedy to amerykańska nauczycielka Anna Maria REVES ogłosiła DNI MATCZYNEJ PRACY.

W Polsce DZIEŃ MATKI obchodzono po raz pierwszy w 1914 roku w Krakowie. U nas Święto to przypada na dzień 26 maja. W tym dniu matki są zwykle obdarowywane laurkami, kwiatami oraz różnego rodzaju prezentami przez własne dzieci, rzadziej inne osoby. To Święto ma na celu okazanie matkom szacunku, miłości, podziękowanie za trud włożony w wychowanie.

Dawno temu, bo w 1986 roku napisałem wiersz pt. Dla mamy, który pragnę zadedykować wszystkim mamom oraz kilka innych wierszy.

Zdzisław Kuliś

Dla Mamy

Mamusiu! Dziś twoje Święto!
Bądź najbardziej więc uśmiechniętą,
Bo przecież wszystkie my, Twoje dzieci
Chcemy by promyk słońca Ci świecił.
Świecił złociście jak całe słońce
I grzał Twe ręce może już drżące.
Ręce i serce.

Ręce dlatego, bo przecież nimi
Pracujesz dla nas dniami całymi.
I one czule nas w dłonie brały,
Gdyśmy pierwszy raz Świat oglądały.

One tuliły, te Twoje ręce,
Do Twojej piersi, tam gdzie masz serce.
Potem mijały dnie i miesiące
I znów mnie brały ręce gorące.

Czy może czasem główka nie boli?
Co podać? Mleczko? Może rosolik?
Ja powiedziałem "Mamo", nic więcej,
Jakie jest dobre to Twoje serce.

Zdzisław Kuliś, Donosy, 1986

Matka

Gdy wymawiam słowo "matka",
Czuję jak serce mocniej mi bije.
Wiem, że kocha mnie do ostatka
I tylko moją miłością żyje.

Matka to dla mnie moja mamusia,
Która jest lekiem na wszystkie rany.
Matka to żona mego tatusia,
Więc ją oboje mocno kochamy.

Bywa, że mama źle się poczuje,
Lecz się wdrapuję na jej kolana.
Mimo zmęczenia, nie protestuje,
Taka jest moja mama kochana.

Mama pomoże odrobić lekcje,
Przytuli mocno, gdy boli głowa.
Nigdy nie powie, że się jej nie chce,
Jest do pomocy zawsze gotowa.

Często utuli także do spania
I na dobranoc pośle buziaka.
Stokrotnie lepsza jak każda niania,
Bo moja mama jest właśnie taka.

Zdzisław Kuliś, Donosy, maj 2009

Matka Boska Zieleniecka

Ileż musiałaś mieć siły
Najświętsza Panienko?
Ileż Twe usta modlitw odmówiły,
By chronić Swą Dziecinę maleńką?

Kiedy gwiazda oświetlała stajenkę
I Betlejem, niewielką mieścinę,
Ty rodząc syna skazałaś na mękę
Swoją najukochańszą dziecinę.

Byłaś zmuszona ciągle wędrować,
Chroniąc syna przed okrutnym królem,
Aby od śmierci Jego uchować,
A swe serce przed matczynym bólem.

Jezus, Twój syn ukochany,
Nauczał przez długie lata.
W zapłatę został ukrzyżowany
Przez okrutnego Piłata.

Po zmartwychwstaniu nadal wędruje.
Wraz z nami po całej Ziemi.
Bo w naszych sercach miejsce znajduje,
Na obdarzenie łaskami swymi.

A obok Niego Pani Najświętsza.
Lekarstwem na wszystkie troski.
Najwspanialsza i Najjaśniejsza.
Królowa Polski.

Wyniesiona na Ołtarze kraju całego.
We wszystkich wsiach i miasteczkach.
Przyszła też i nas bronić od złego
MATKA BOSKA ZIELENIECKA.

Zdzisław Kuliś, Donosy, grudzień 2010

Kobieta

Kobieta jest jak perła w koronie
Przyodziana mgiełką tajemniczości.
Bóstwem piękności, stojącym w wazonie
Niezniszczalnym przez trudy wieczności.

Jest kwiatem tysiąca zapachów,
Lśniącym tęczą niepowtarzalnych kolorów,
Owianym leciutkim podmuchem czerwonych maków,
Zamkniętych we wnętrzu wszelkich walorów.

Jest fortecą ściśle chronioną, własną.
To, co najcenniejsze w sobie zawiera.
Lecz gdy napotka miłości hasło,
Jak za dotknięciem różdżki się otwiera.

Zdzisław Kuliś, Donosy, wrzesień 2008

Mąż i żona

Morze, woda,
On i Ona.
On żonaty,
Ona jego żona.

Plaża, piasek,
Czułe pieszczoty.
Innych spojrzenia,
Oczu zaloty.

Wzajemny uśmiech,
Krótkie spotkanie.
Mała kawiarenka.
Skryte kochanie.

Powrót, dom.
Ona zmęczona.
On już nie mężem.
Ona nie żona.

Zdzisław Kuliś, Donosy, lipiec 2008


Donosy, 10-04-2018

Wiersz ten został złożony w dniu 16 kwietnia 2010 roku pod Krzyżem Katyńskim na ulicy Grodzkiej w Krakowie przez nauczycielkę Szkoły Podstawowej w Cudzynowicach w powiecie kazimierskim, Ewelinę Adamską i jej męża Bogusława. Został oprawiony w grubą przezroczystą foliową "ofertówkę" w celu zabezpieczenia przed wilgocią i umieszczony w widocznym miejscu między kwiatami.

Liczne osoby, odwiedzające to Święte miejsce, składające kwiaty i palące znicze, przykucały i czytały ten napisany prostymi słowami wiersz, niektórzy dwa razy, a inni robili zdjęcia, aby odtworzyć sobie w domu. Niektórzy mieli łzy w oczach. Niech ten wiersz przez długie lata przypomina o naszej narodowej tragedii. Narodu, którego barwami są biel i czerwień.

Zdzisław Kuliś

Katyń 10.04.2010

Białym całunem mgły okryci,
Zginęli na obcej ziemi,
Która od krwi tych, co zostali zabici
Strzałem w tył głowy, przybrała kolor czerwieni.

W bieli i czerwieni ginęli Polacy,
Do których śmierć przyszła nieproszona.
W cierpieniach umierali Rodacy,
A Ich ciała spowiła flaga biało-czerwona.

Wieniec z kwiatów biało-czerwonych,
Przez Prezydenta do Katynia wieziony,
Zamiast na grobach oficerów pomordowanych,
Został dla Niego przeznaczony.

Ludzie różnego wieku, płci i wyznania,
Łączyła jedna, patriotyczna nić.
Zginęli, wykonując służbowe zadania.
Ich serca w jednym czasie przestały bić.

Zostawili żony, mężów, rodziców i dzieci,
Którzy na próżno czekają,
Bo już dla nich nigdy słońce nie zaświeci,
A dni w smutku tak wolno mijają.

"Niech ich dusze spoczywają w pokoju" -
Powie ksiądz, kropiąc wodą święconą.
Ale bliscy długo nie zaznają spokoju,
Nosząc w sercach ranę niezabliźnioną.

Zdzisław Kuliś, Donosy, kwiecień 2010

(fot. lazienkowy.pl)


Donosy, 7-04-2018

Niebieska łazienka
opowiadanie

Rzecz dzieje się w drugiej połowie 2000 roku.

W niewielkim miasteczku powiatowym było osiedle domów jednorodzinnych. Domy te były różne nie tylko pod względem wyglądu, ale też zamożności. Jeden taki dom, piękny i pięknie zadbany upatrzył sobie miejscowy złodziej, który stwierdził, że w tym domu musi być bogactwo, zapewne różne kosztowności, a skoro tak, to postanowił ten dom okraść.

Obserwował go niemal co dnia i wyczekiwał odpowiedniego czasu, kiedy będzie mógł ten zamysł zrealizować. Dom ten zamieszkiwały trzy osoby. On urzędnik na wysokim stanowisku, jego żona pracująca jako nauczycielka i studiująca córka. On z żoną zamieszkiwali w tym domu codziennie za wyjątkiem krótkich wyjazdów, natomiast córka mieszkała w mieście w którym studiowała, a był to prawdopodobnie Kraków. Do rodzinnego miasteczka przyjeżdżała niezbyt często, wtedy w domu robiło się weselej, więcej krzątaniny było widać nie tylko w wewnątrz, ale i na zewnątrz domu.

Kilkutygodniowa obserwacja budynku przez złodzieja przyniosła rezultaty. W pewnym czasie zaobserwował jakieś nie typowe ruchy na zewnątrz budynku jakby przygotowania do dłuższej nieobecności gospodarzy. Złodziej to wyczuje swym złodziejskim nosem i tak było i w tym przypadku. Był pewny, że gospodarze wyjadą, pozostało tylko pytanie, kiedy?

Aż wreszcie nadszedł dzień, którego oczekiwał bardzo przystojny facet, który przerwał studia na Wydziale Prawa na Uniwersytecie w Krakowie, ponieważ mu się znudziły i zajął się zawodem, który przy odrobinie szczęścia mógł przynieść spory dochód w bardzo krótkim czasie.

Kiedy facet upewnił się, że właściciele pięknej wilii wyjechali i w domu nie pozostał nikt, postanowił dokonać włamania następnego dnia w godzinach przedpołudniowych. Nie w nocy, ponieważ nie zrobi przecież przeszukania pomieszczeń po ciemku, więc musi użyć oświetlenia. Jakie by ono nie było, to będzie go widać na zewnątrz budynku, nawet z ulicy, co będzie budzić podejrzenie, najbardziej wśród sąsiadów, którzy o wyjeździe wiedzieli. W tym czasie bacznie obserwował obiekt, czy nie zaistniało nic uniemożliwiającego zrealizowanie jego planu. W tym celu robił sobie częste przejażdżki na rowerze ulicą przy której stał ów dom, każdorazowo w innym ubraniu, zerkając kontem oka na obiekt jego zainteresowania. Raz nawet przejechał autobusem miejskim, ale nic niepokojącego nie zauważył.

Na drugi dzień ma bardzo ważną robotę, dlatego już poprzedniego dnia pilnie się do niej przygotowywał. Gromadził do małej podręcznej torby przewieszonej przez ramię wszystkie narzędzia, które mogą mu być potrzebne i ciągle myślał, żeby czego nie przeoczyć.

Położył się spać jak zwykle i rano wstał o zwykłej porze. Nie spiesząc się zjadł śniadanie, sprawdził zawartość torby, którą odłożył do swojego schowka po czym wsiadł na rower i pojechał na rutynowy objazd ulicą przy której stała willa, która miała być areną jego występu. Objechał ustaloną trasą nie stwierdzając nic niepokojącego. Zajechał do domu postawił rower w miejscu jego garażowania i stwierdził: pora działać.

Przerzucił przez ramię nie pozorną torbę i poszedł powoli w kierunku willi.

Szedł bocznymi uliczkami bacznie rozglądając się, to na prawo, to na lewo, czy wszystko w porządku. Gdy dotarł na miejsce zaszedł na tył domu i nie zauważony przez nikogo przeskoczył niewysokie ogrodzenie i znalazł się przy okienku do piwnicy. Wtedy zaczął działać błyskawicznie. Wyjął z torby potrzebny mu niewielki łom, podważył ramę okienka w miejscu gdzie znajdował się zamek do jego zamykania i ku jego zdziwieniu okienko się otworzyło jakby zapraszając go do środka.

Było ono bardzo nisko, bo zaledwie na wysokości około 180 centymetrów nad ziemią, więc ani z jego otwarciem, ani wejściem do środka nie miał żadnego problemu. Po chwili znalazł się wraz ze swoja torbą w jakiejś spiżarce i w pośpiechu zamknął za sobą okienko, żeby nie stwarzać pozorów w razie gdyby jakiś sąsiad spojrzał w tym kierunku. Wtedy poczuł się bezpieczny jak u siebie w domu. Pozostał jeszcze powrót, ale tym na razie nie zawracał sobie głowy, może wyjdzie drzwiami, tak było w jego planach.

Z piwnicy z łatwością dostał się na parter, gdyż żadne drzwi wewnętrzne nie były zamknięte. Zaczął od łazienki, bo wg jego teorii ludzie, a szczególnie kobiety są roztargnione, szczególnie gdy szykują się do jakiegoś wyjścia lub wyjazdu, dlatego zostawiają w łazience różne kosztowności. I tak też było. W zasięgu raki leżały pierścionki, naszyjniki i dwa zegarki z wyglądu wydawało się, że złote. Ale nie to zrobiło na nim największe wrażenie. Największe wrażenie zrobiła na nim łazienka. Niebieska łazienka z wystrojem, którego w życiu nie widział i zapewne nie zobaczy. W tym momencie przyszła mu nie odparta chęć wykąpania się w tej cudowniej łazience. Właścicieli nie ma i zapewne szybko nie powrócą, więc dlaczego nie? Odkręcił kurki z wodą, zrzucił z siebie odzież jaką miał na sobie (było lato, więc wiele jej nie miał) i z rozmachem skoczył do lekko ciepłej wody. Od razu poczuł się lepiej i gdyby nie to, że wykonuje robotę specjalną na pewno by sobie w tej kojącej wodzie dłużej poleżał. Ale pomimo to i tak się nie spieszył.

Kiedy tak sobie leżał w wodzie przyszedł na niego błogi sen i byłby chyba zasnął gdyby nie usłyszał głosów i śmiechów młodych ludzi na dole wewnątrz budynku przy drzwiach wejściowych. W mgnieniu oka pomyślał, że to może córka właścicieli willi przyjechała o której wiedział i ją nawet znał, ale ona przyjeżdżała rzadko kontynuując tą swoją naukę. I w tejże samej chwili przyszło mu do głowy, że po podróży na pewno będą chcieli skorzystać z łazienki, a więc musi szybko stąd uciekać. Złapał swoją torbę i ubranie w rękę i czmychnął cały mokry do sąsiedniego pokoju. Tam było dość pokaźnych rozmiarów łóżko więc wparował pod to łóżko i czeka na dalszy bieg wydarzeń.

Okazało się później, że to córka właścicieli willi przyjechała do rodzinnego domu ze swoim narzeczonym na czas wyjazdu rodziców na wczasy.

Dalsze wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Młodzi po doprowadzeniu się do porządku w łazience w pośpiechu weszli do pokoju zrzucając w biegu z siebie resztki bielizny osobistej, której nie zdjęli w łazience i padli z wesołym śmiechem na łóżko pod którym leżał ledwo żywy złodziej. Mokry ubrudzony w kurzu, który był pod łóżkiem odbywał pierwszy etap kary za włamanie, które kontynuował. Najgorsze okazały się ich igraszki miłosne, a w niektórych chwilach wręcz nie do zniesienia. W pewnych chwilach myślał, że cały ten spód łóżka wiszący nad jego głową zawali się na niego, a młodzi wpadną pod łóżko. Za wszelką cenę muszę się stąd wydostać, ale jak?

Drzwi na korytarz były otwarte na oścież, więc to mi ułatwi pomyślał, złapał w rękę to co miał, trochę poczekał, aż młodzi będą najbardziej sobą zajęci i po cichu lecz dość zdecydowanie, całkiem nagi wypadł na korytarz i udał się schodami w dół w kierunku drzwi wejściowych. Nagle głośny łomot rozległ się blisko tych drzwi i złodziejaszek leży jak długi z głową w dół nie dając znaku życia. Niczego nie spodziewający się młodzi jak na komendę wyskoczyli z łóżka i kiedy już byli na dole zobaczyli nagiego mężczyznę leżącego bez ruchu na stopniach schodów. Szybko zadzwonili po pogotowie ratunkowe, a potem na milicję, zarzucili coś na siebie i zaczęli reanimować leżącego mężczyznę. Ich działania jednak nie przynosiły żadnego rezultatu, ale wkrótce nadjechało na sygnale pogotowie ratunkowe. Po krótkiej reanimacji przez uprawnionych do tego ratowników facet odzyskał przytomność, pytając co się stało. Za niedługo nadjechała również milicja.

Pogotowie okryło go kocem i zabrało do szpitala na dalsze badania, a milicja zaczęła przesłuchiwać domowników. Okazało się, że młodzi wchodząc do domu pozostawili na schodach bagaże, czego nie spodziewał się złodziej i biegnąc z rozpędem z góry w dół zahaczył o nie i to było pr