http://www.zdzislawkulis.ecom.com.pl/

MOJA MAŁA OJCZYZNA

 

Jakże Ciebie nie kochać

Piękna Ziemio Kazimierska,

Jak za Tobą nie szlochać,

Wie tylko ten, kto tu nie mieszka.


Jakże nie kochać Ciebie,

Jak nie myśleć dniami całymi,

Pachnący przaśny chlebie

Wypieczony z ziarna tej Ziemi.


Ty krwią przodków skrwawiona,

Chociaż nie z własnej woli,

Grzebałaś, bo byłaś zmuszona,

Poległych w Skalbmierzu i Topoli.


Zapach Twych malowniczych łąk,

Małymi rzeczkami poprzecinanych

Jakoby w zaklęty krąg,

Zaprasza na spacer zakochanych.


Liczne pagórki wokół położone,

Które tworzą gleby urodzajne,

Skierowane w każdą świata stronę,

Dają plony niezwykle wydajne.


Nieskazitelnie czyste powietrze

Jest zdrojem naszego życia,

Aby ono było lepsze

Do drogi, jaką mamy do przebycia.


Ty wydałaś na świat zacnych ludzi,

Którzy tworzą historię tej ziemi

I póki ranek o świcie nas budzi,

Są w sercach naszych, tu, między swymi.


Niepowtarzalne uroki Twoje

Z kazimierską ziemią żyzną,

Otwierają dla wszystkich podwoje,

Ty jesteś naszą Małą Ojczyzną.


Donosy, kwiecień 2009 r.

 

MODLITWA

 

Ojcze nasz, który jesteś w niebie,

Ojcze nasz, który jesteś w kłosach zbóż,

Ojcze nasz, który jesteś w ptaków śpiewie,

Ojcze nasz dopomóż.


Ojcze nasz, który jesteś w blasku poranka,

Ojcze nasz, który jesteś w kwiatach róż,

Ojcze nasz, który jesteś pod postacią baranka,

Ojcze nasz dopomóż.


Ojcze nasz, który jesteś w promieniach słońca,

Ojcze nasz, który strzeżesz nas od burz,

Ojcze nasz, który czuwasz nad nami od początku, do końca,

Ojcze nasz dopomóż.


Ojcze nasz, który jesteś na morzach i oceanach,

Ojcze nasz, który jesteś dla nas jak Anioł Stróż,

Ojcze nasz, błagamy Ciebie na kolanach,

Ojcze nasz dopomóż.


Dopomóż Ojcze, abyśmy nie zatracili swej tożsamości,

Dopomóż Ojcze, niech w naszym kraju spokój i porządek będzie,

Dopomóż Ojcze, byśmy doczekali życiowej świetności,

Dopomóż Ojcze, Ty, który jesteś wszędzie.


Dopomóż Ojcze, aby dla tych, którzy Rzeczpospolitą władają,

Najważniejszy był Bóg, Honor i Ojczyzna,

Dopomóż Ojcze, niech lud prosty pod swoją opieką mają,

Dopomóż Ojcze, niech nie zacznie krwawić stara blizna.


Dopomóż Ojcze, aby lud Twój miał dobrą lekarską opiekę,

Dopomóż Ojcze, aby życie ludzkie było szczególnie chronione,

Dopomóż Ojcze, aby na tej Ziemi nie było nic nad człowiekiem,

Dopomóż Ojcze, by szczególną troską otoczyć dzieci nienarodzone.


Dopomóż Ojcze, aby wielcy tego Świata wojen zaprzestali,

Dopomóż Ojcze, by między narodami była zażyłość,

Dopomóż Ojcze, aby ludzie czarni, żółci i biali,

Nosili w swych sercach Wiarę, Nadzieję i Miłość.


Donosy, kwiecień 2010 r.


WIERSZ


Kartka papieru.

Długopis w prawej dłoni

zapisuje strofy.

Jedna po drugiej.

Jeszcze nie wiem,

czy będzie to wiersz klasyczny,

pięknie rymowany,

sylabiczny,

a może asylabiczny,

trudno podjąć decyzję.

Napiszę jednak sylabotoniczny,

ten najbardziej lubię.

Kłębiące się myśli

wyszukują coś nowego.

Ach, niech będzie toniczny.

A może nieregularny?

Najlepiej napiszę asonansem.

Tak będzie świetnie.

Chciałbym, by koś go przeczytał.

Patrzę na narzucone

na kartkę myśli i stwierdzam:

przecież tu nie ma żadnego rymu.

Niech będzie biały.


Donosy, maj 2009 r


KU SZCZĘŚCIU IDŹ

 

Gdy Ci szczęścia brak

Nie rozpaczaj.

Wciśnij się w jakiś frak

I idź, nie zbaczaj.

 

Ciągle do przodu

Idź przyjacielu.

Od słońca wschodu,

Aż dojdziesz do celu.

 

Patrz przed siebie.

Nigdy wstecz.

Choćby o suchym chlebie,

A troski odrzuć precz.

 

Omijaj liczne przeszkody,

Lub je niszcz.

Zacznij kiedyś młody,

Na wrogów sobie gwiżdż.

 

Z ludźmi dużo rozmawiaj,

Wiedzę zdobędziesz.

Śmiało swe kroki stawiaj,

To i szczęśliwy będziesz.

 

Dobra praca powinna być

Twym przyjacielem.

Zaczniesz dobrze żyć

I forsy będziesz miał wiele.

 

Wykuwaj swój los stale.

To jest na życie sposób,

Bo sam jesteś kowalem

Swojego losu.

 

 

Donosy, lipiec 2010 r.

ŚWIĘTY JANIE

 

Grubo ponad pół wieku minęło,

Kiedy pierwszy raz Ciebie zobaczyłem.

Często po łydki w błocie się brnęło,

Wtedy jeszcze małym chłopcem byłem.

 

Dwa razy dziennie na Wielgus i z powrotem

Kroczyłem obok Ciebie do szkoły.

Często umorusany błotem,

Ale zawsze uśmiechnięty, wesoły.

 

Kiedy jeszcze nie umiałem czytać,

Sięgając Twego ogrodzenia tylko do połowy,

Codziennie mogłem Cię przywitać,

Zdejmując czapkę z głowy.

 

Czas płynął. Kiedy już pisać umiałem

I potrafiłem odczytać cyferki,

Wtedy dopiero się dowiedziałem,

Święty Janie – jaki jesteś wielki.

 

460 lat z nami mieszkałeś,

Tyleż lat nam towarzyszyłeś

I zbytnio się nie postarzałeś,

Chociaż burz dziejowych wiele przeżyłeś.

 

„Chwalcie łąki umajone” śpiewaliśmy

U stóp Twoich w czasie każdej wiosny.

O Twój wygląd zawsze dbaliśmy,

By wokół piękne kwiatki rosły.

 

Ileż ludzi żegnałeś przez te lata,

Gdy szli obok Ciebie na ostatnią drogę,

Którzy musieli opuścić piękno tego świata,

A Ty nie uląkłeś się nawet, gdy dzwony biły na trwogę.

 

Święty Janie bądź zawsze z nami.

Chroń nasze domy od klęski wszelkiej.

Strzeż od złego dniami i nocami

Mieszkańców Chruszczyny Wielkiej.

 

Donosy lipiec 2010 r.

URODZINY

 

Wielki kosz, a w nim róże.

Jedna, piąta, dziesiąta.

Wszystkie dorodne, duże.

Dwudziesta, siedemdziesiąta.

 

Tyle ich jest w tym koszu brązowym.

Siedemdziesiąt róż czerwonych.

O zapachu mocnym, zdrowym,

Ściśle do siebie przytulonych.

 

Każda jeden rok znaczy.

Rok czyjegoś życia.

Rok radości, smutku, rozpaczy

I o jeden rok mniej drogi do przebycia.

 

Ile jeszcze tych róż będzie?

Jedna, cztery, czy dwie?

A może już żadna nie przybędzie?

Nie będą się liczyć lata, tylko dnie.

 

Tort, na nim świece płonące.

Czy się uda zgasić? Czy wystarczy tchu?

Udało się. Słychać gości dłonie klaszczące

I okrzyki: „Życzymy lat stu”.

 

Siedemdziesiąt gości „Sto lat”zaśpiewało,

Gdyż tyle przybyło na tę uroczystość.

Tyleż samo życzenia składało,

A co dalej będzie, zdecyduje przyszłość.

 

 

Donosy, wrzesień 2010 r.

DONOSY - Z PRZYMRUŻENIEM OKA

 

Kiedy król Kazimierz w tej okolicy,

Polował na grubego zwierza,

Już wiedział, że osada blisko Wiślicy,

Będzie nazywać się Wielka Kazimierza.

 

Pola wzdłuż rzeki Małoszówki

Porośnięte gęstymi lasami.

Od Małoszowa do dzisiejszej Odonówki

Wypełnione łownymi zwierzakami.

 

Toteż często na tych ziemiach żyznych

Urządzano liczne polowania.

A potem przy potrawach z dziczyzny

Biesiadowano, aż do świtania.

 

Na jednym z tych polowań częstych,

Giermek „ DON” pognał na niewielkie wzgórze.

Za zwierzem wśród zarośli gęstych,

Napotykając osy w jakiejś w drzewie dziurze.

 

Cała chmara tych groźnych owadów,

Oblepiła jego włosy, usta, uszy, oczy,

Wstrzykując w jego ciało multum swego jadu,

A on jadąc na koniu krzyczał, wzywając pomocy.

 

Widząc to drugi giermek, też pomocy wzywał,

Aby Dona ratować, darł się wniebogłosy.

Przy czym bronią myśliwską ciągle wymachiwał,

Jadąc wrzeszczał ile sił w piersi: Don, osy! Don, osy!

 

Don choć odchorował użądlenia przeżył,

Zapamiętując na zawsze te przeklęte osy.

A gdy doszedł do siebie, sam sobie nie wierzył,

Że otrzymał od króla wieś, którą nazwał DONOSY.

 

 

Donosy, listopad 2010 r.

CIĄGLE MŁODZI

 

Przytuleni do siebie idziemy przez park,

Pęki wspomnień niosąc w dłoniach.

Nie czujemy ciężaru przeżytych lat,

Ani srebra na swych skroniach.

 

Muskani wiatrem jesieni naszego życia,

Idziemy z czołem podniesionym.

Wydłużając drogę do przebycia,

Wzrokiem radości w przyszłość wpatrzonym.

 

Samotni, czy żyjący we dwoje,

Z optymizmem patrzymy na świat.

Odstawiając na tor boczny troski swoje,

Jesteśmy młodzi, pomimo wielu lat.

 

Uśmiechem każdy dzień witajmy.

Niech radość na co dzień zagości.

Z uśmiechem z ludźmi rozmawiajmy.

Niech w nas płonie ogień młodości.

 

Przywróćmy pamięci miłe wspomnienia.

Oplećmy nimi naszą duszę i ciało.

Wytyczmy sobie cel do zrobienia

I dążmy do niego śmiało.

 

A kiedy w lustrze parę zmarszczek znajdziemy,

To przecież w tym wieku każdy je ma.

Bo sami bardzo dobrze wiemy,

Że mamy lat trzydzieści sześć, razy dwa.

 

 

Donosy, listopad 2010 r.

MATKA BOSKA ZIELENIECKA

 

Ileż musiałaś mieć siły

Najświętsza Panienko ?

Ileż Twe usta modlitw odmówiły,

By chronić Swą Dziecinę maleńką ?

 

Kiedy gwiazda oświetlała stajenkę

I Betlejem, niewielką mieścinę,

Ty rodząc syna skazałaś na mękę

Swoją najukochańszą dziecinę.

 

Byłaś zmuszona ciągle wędrować,

Chroniąc syna przed okrutnym królem,

Aby od śmierci Jego uchować,

A swe serce przed matczynym bólem.

 

Jezus, Twój syn ukochany,

Nauczał przez długie lata.

W zapłatę został ukrzyżowany

Przez okrutnego Piłata.

 

Po zmartwychwstaniu nadal wędruje.

Wraz z nami po całej Ziemi.

Bo w naszych sercach miejsce znajduje,

Na obdarzenie łaskami swymi.

 

A obok Niego Pani Najświętsza.

Lekarstwem na wszystkie troski.

Najwspanialsza i Najjaśniejsza.

Królowa Polski.

 

Wyniesiona na Ołtarze kraju całego.

We wszystkich wsiach i miasteczkach.

Przyszła też i nas bronić od złego

MATKA BOSKA ZIELENIECKA.

 

 

Donosy, grudzień 2010 r.

SYLWESTROWY WIECZÓR

 

Za oknami noc sylwestrowa.

Jest koniec starego roku.

Więc szaleje pogoda zimowa.

A ja samotnie siedzę w półmroku.

 

Gapię się jak na szklanym ekranie

Tańczą skocznego kankana.

Błyskają golizną młode panie,

Pokazując chude kolana.

 

Nagle telefon podrywa mnie na nogi.

Twarz moja lekko się rozwesela.

Może dzwoni ktoś dla mnie drogi?

Słucham i słyszę: dobry wieczór mówi Pela.

 

Więc będziemy rozmawiać oboje,

O naszych bólach i chorobach,

O tym, że inni żyją we dwoje,

Lub plotkować o innych osobach.

 

Do tego dialogu między nami

Zawsze jesteśmy ochotni,

Bo chociaż nie mieszkamy sami,

To jednak jesteśmy samotni.

 

Czas mija jak z bicza strzelił.

Przegadaliśmy godziny połowę

I ledwo się człowiek rozweselił,

Już trzeba kończyć rozmowę.

 

A za parę godzin wkroczy Rok Nowy.

Ognie nadziei rozbłysną wszędzie.

Nie wiemy kto będzie chory, a kto zdrowy

I czy dobry on dla samotnych będzie?

 

Donosy, 31 grudnia 2010 r.

 

BÓJ O SKALBMIERZ

 

Przyjechali nasz dom podpalić.

Przyszli zabijać i rabować.

My chcieliśmy ten dom ocalić,

By wierności Ojczyźnie dochować.

 

Broniliśmy od pożogi dorobku naszego,

A od śmierci nasze dzieci i żony.

Walczyliśmy do tchu ostatniego,

Choć co chwilę padał żołnierz, kulą wroga rażony.

 

Rozgorzała bitwa zażarta.

Na moście w kierunku Pińczowa.

I chociaż chwilami została odparta,

Ze wzmożoną siłą powstawała nowa.

 

Trwa nierówna walka żołnierzy.

Wróg uzbrojony po zęby ulec nie zamierza.

Sam „SOKÓŁ” w zwycięstwo już nie wierzy.

Są to decydujące chwile dla Skalbmierza.

 

Nad miastem kłęby dymu czarnego jak smoła.

W powietrzu niemieckie samoloty krążą.

Nieprzyjaciel ujął dzielnego „SOKOŁA”,

Wtem ktoś krzyknął: jadą czołgi- czy zdążą?

 

Widząc to Niemcy w popłochu uciekali,

Zostawiając dziesiątki poległych,

A mieszkańcy Skalbmierza, którzy pozostali,

Grzebali w bólu sąsiadów i krewnych.

 

Wy, którzy tak dzielnie walczyliście,

Których poległo tak wielu,

Którzy wolnej Polski nie doczekaliście,

WOŁAM WAS - STAŃCIE DO APELU.

 

 

Donosy, luty 2011 r.

JEJ OCZY

 

Kiedy spojrzał w jej stronę

omiotła go ciepłem

swych szeroko otwartych oczu.

Jego wzrok zawisł

na jej źrenicach,

w których zobaczył

wszystkie barwy tęczy.

Czarne rzęsy zdobiły

jej aksamitne powieki,

które mrugając zalotnie

dawały nadzieję.

Mały loczek

ciemno blond włosów

opadający na czoło

niemal dotykał

mocno zarysowanej brwi

nad prawym okiem.

To jest to pomyślał.

Podniecone serce

biło coraz szybciej,

a mgiełka rosy

pokryła jego czoło.

Chciał coś powiedzieć,

ale głos utknął w gardle,

Gdy doszedł do siebie,

jej już nie było.

 

Donosy, luty 2011 r.

 

 

CZAS

 

Na wielkich kołach

rzeczywistości

toczy się dzień.

Za nim biegnie czas,

jak tabun koni

wzbijających tumany kurzu.

Dla jednych kłusem,

drugich cwałem,

a często galopem

dla innych.

Smagany ostrogami życia,

aby wspiąć się na horyzont

błękitnego nieba,

płynie nie bacząc

na dziejowe przeszkody.

Nieubłaganie pędzi

do przodu, zostawiając

historię pisaną

w biegu dziejów

piórem codzienności.

 

Donosy,styczeń 2011 r.

ROK

 

Kiedy Rok Stary styka się z Nowym,

A dnia już trochę przybywa,

Nadchodzi miesiąc w okresie zimowym,

Który się styczeń nazywa.

 

Mróz na szybach maluje kwiaty.

Pobliski staw lodem skuty.

Dym się snuje z komina każdej chaty,

Wtedy obejmuje panowanie luty.

 

Za nim marzec niebawem zawita ze słońcem,

Na pewno bardziej niż luty lubiany.

I chociaż dni nie są jeszcze zbyt gorące

Wraz z nim powrócą czajki i bociany.

 

Kwiecień fiołki rozwinie pachnące.

Tudzież inne kwiaty swe pąki rozwiną.

Trawa zacznie się zielenić na pobliskiej łące.

Liści na drzewach przybędzie z każdą godziną.

 

I gdy już przyroda umai świat cały,

W parkach i przy drogach zakwitną kasztany,

Do śpiewu będzie się sposobił skowroneczek mały,

Wtedy nadejdzie miesiąc najładniejszy- majem nazwany.

 

Wtedy też Święta Zofia rozwinie zbóż kłosy.

Niedługo słońce mocno grzejące czerwiec przywita.

Swym śpiewem rozpoczną koncerty słowiki i kosy

I będą śpiewać nieprzerwanie do Świętego Wita.

 

Lipiec obdarzy nas piękną pogodą.

Miododajne lipy swe kwiecie rozwiną.

Dużo czasu spędzimy nad wodą.

Często z przyjaciółmi i swoją rodziną.

 

Niebawem łany zbóż staną się dojrzałe.

Sierpień przyjdzie w ten czas nadzwyczajny.

Lecz już nie sierp będzie zbierać plony tak wspaniałe,

Tylko wielkie maszyny - stalowe kombajny.

 

Zaraz po tym wrzosy przywitają wrzesień,

Wabiąc pracowite pszczoły pięknymi kwiatami.

Spieszą zanim jeszcze nadejdzie jesień

Uzupełnić swą spiżarnię nektaru zapasami.

 

Tu i ówdzie ogniska płonące

Zwiastują,że nadszedł październik.

Odeszły na długo dnie parne i gorące.

Czas na kolorowo pomalował liść, jak lakiernik.

 

A listopad jak mówi sama nazwa jego

Podsumuje pożółkłych liści opadanie

I w podmuchach wiatru jesiennego

Wyjdzie grudniowi na spotkanie.

 

Wraz z nim nadejdą długie zimowe wieczory.

Śnieg bielą okryje całe otoczenie.

Ziemię w grudę zamieni mróz spory,

A pod koniec nadejdzie Boże Narodzenie.

 

Donosy, styczeń 2011 r.

SPOTKAMY SIĘ NA KASJOPEI

 

Gdzieś między gwiazdami, a Ziemią,

Między niebem, a naszymi marzeniami

Spotkamy się spowici czerwienią

Słońca wschodzącego nad nami.

 

Odnajdziemy się na Kasjopei

Daleko od świata zepsutego.

Spotkamy się w pełni nadziei

W zaułku wszechświata spokojnego.

 

Zbudujemy dom na mlecznej drodze

Wytapetowany naszą miłością,

Dywany uczuć rozłożymy na podłodze,

A wspólne chwile będą wiecznością.

 

Jutrzenka oświetli przestworza,

Wskazując drogę dla Wozu Wielkiego.

Ogrody kosmosu wypełnią kwiatów morza,

A pocałunkami ściany domu naszego.

 

Pojedziemy tym wozem w nieznane.

Pan Twardowski będzie naszym woźnicą.

Tam gdzie niebo chmurami usłane,

Wyznać miłość pod Wielką Niedźwiedzicą.

 

Okryjemy się pierzyną uścisków

Pod dachem Polarnej Zorzy.

W obstrzale Amorowych pocisków,

Aż się brama edenu otworzy.

 

 

Donosy, marzec 2011 r.

KAMILOWI

W DNIU PIERWSZEJ KOMUNII ŚWIĘTEJ

 

Pamiętam ten siarczysty mróz

W grudniowy wieczór, kiedy przyjechałeś.

Po raz pierwszy Cię tata wiózł

Do domu w którym zamieszkałeś.

 

Położono Cię w pokoju na tapczanie.

Byłeś taką małą kruszynką.

Nawet nie otworzyłeś oczek na spotkanie.

Spałeś okryty ciepłą pierzynką.

 

Mijały dnie i miesiące.

Zbliżał się chrzest Święty.

Śmiały się oczka błyszczące,

Gdy przyjmowałeś Sakramenty.

 

Roczek jeden i drugi minął

Przy częstych zabawach na polu.

Rosłeś z każdą godziną,

Spędzając dnie w przedszkolu.

 

Z czasem zabawa wesoła

Zmieniła się w obowiązki.

Wreszcie zaczęła się szkoła,

A wraz z nią zeszyty i książki.

 

Teraz masz niemal dziewięć lat.

Przyjąłeś Pierwszą Komunię Świętą.

Inaczej będziesz patrzył na świat,

Gdy skończysz szkołę niedawno zaczętą.

 

Życzę byś wyrósł na dobrego człowieka

I to co dobre zawsze rób.

Przed Tobą droga daleka,

A o tym wierszu wspomnij, jak będziesz brał ślub.

 

Dziadek Zdzisław

Donosy, 7 maja 2011 roku.

PO TAMTEJ STRONIE

 

Po tamtej stronie nie ma nienawiści.

Tam wszystko po równo dla każdego.

Tam nie ma materialnej korzyści,

Która jest największym złem świata tego.

 

Tam nie potrzebne są rządy,

Ani podniebne rakiety.

Wszyscy mają takie same poglądy

I rządzić nie ma kim – niestety.

 

Nie ma bezrobotnych i pracujących.

Nikt się niczym nie przejmuje.

Pełno jest nic nie robiących,

Bo tam się nie pracuje.

 

Nie ma urzędów skarbowych.

Nikt nie kupuje chleba.

Nie ma chorych i zdrowych.

Tam nam nic nie potrzeba.

 

Po tamtej stronie nie ma grzechu.

Tam radość jest nie skończona.

Wszyscy są pełni uśmiechu,

Tylko gdzie jest ta druga strona?

 

 

Donosy, maj 2011 r

KAWA

 

Jest niemal na zawołanie.

Od rana do późna w nocy.

Nie odbędzie się żadne zebranie

Bez jej pomocy.

 

Chociaż ma charakter czarny,

Nikomu raczej nie szkodzi.

Wprowadza w nastrój figlarny

I bardzo lubią ją młodzi.

 

Starsi też z niej korzystają,

By nabrać trochę rzetelności.

Tym, którzy niskie ciśnienie mają

Pomoże rozruszać kości.

 

Jest wszechobecna wszędzie.

W domu, w pracy i na biwaku.

W kawiarniach, barach i urzędzie

Doznają jaj czarownego smaku.

 

Króluje na salonach rządowych

I przy okrągłym stole.

Jest obecna w kuluarach sejmowych

I u rządzących, u góry i tych na dole.

 

Na weselach i imieninach

Możemy się nią delektować.

Na stypach i urodzinach,

Ale umiar trzeba zachować.

 

 

Donosy, maj 2011 r.

OJCOWIZNA

 

Są takie miejsca na Ziemi,

gdzie się zatrzymał czas.

Ta sama droga błotnista,

te same drzewa pochylone,

tylko jakby grubsze .

Ptaki wydają się takie same

jak przed laty i chaty wokół też.

Trochę tylko wrosły w ziemię,

stały się niższe

i dym z komina nie leci.

Pozostała jeszcze biel ścian,

resztka odpadającego wapna,

a okna chociaż zachowały swój kształt

wyrażają smutek.

Nie ma w nich kwiatów i firanek

zasłaniających wnętrze przed

wścibskimi przechodniami.

Nie ma dzieci biegających wokół,

wymyślających coraz to nowe zabawy,

których szczebiot zakłócał śpiew ptaków.

Nie ma ich rodziców, dziadków,

którzy zabiegani z dnia na dzień

odeszli, nawet nie wiadomo kiedy.

Nie ma.

Jedni wyjechali do wielkich miast,

drudzy odeszli na zawsze

aby stamtąd doglądać swej ojcowizny.

Tylko my pozostaliśmy jeszcze.

Przyprószeni szronem,

z głową pochyloną ku przodowi,

z bardziej zaokrąglonymi plecami

i laską w reku.

Pozostaliśmy zobowiązani,

aby przekazać potomnym,

że są takie miejsca.

 

 

Donosy, czerwiec 2011 r.

SIŁA RAŻENIA

 

Rozdzierająca niebo błyskawica,

rozrzucająca drzazgi drzew

spłynęła do wnętrza ziemi,

lokując w niej resztki

wydawanego przy tym

niezwykłego dźwięku.

Zgasł oślepiający blask,

który oświetlał ziemię

aż po horyzont,

zostawiając łunę płonących

w oddali zabudowań.

To był mój dom.

Nazajutrz struga

płaczącego z żalu deszczu

po stracie czegoś cennego,

zalewała dopalające się

zgliszcza.

Na szczęście wiatr nadziei

przerwał głęboki sen.

Muskając

rozmierzwione włosy

sprowadził na ziemię,

gdzie wszystko było

w należytym porządku.

 

 

Donosy, czerwiec 2011 r.

OGRÓD BIBLIJNY

 

Każdy ogród to piękno natury.

Urządzony według wyobraźni człowieka.

Jest też natchnieniem danym z „góry”,

Które swym pięknem urzeka.

 

Ale to miejsce to Święta Ziemia.

Ogrodem Biblijnym nazwana.

Aby przez następne pokolenia

W imię świętości nie była zapomniana.

 

Kiedy ogarniesz swym wzrokiem

Tę niewielką powierzchnię ziemi,

Ujrzysz roślinność wraz z jej urokiem,

Kwitnącą do późnej jesieni.

 

Jest też pustynia i gołębica

I krzew Mojżesza gorejący,

Którego piękno rzeźby zachwyca,

A dalej kraj mlekiem i miodem płynący.

 

Poletka zbóż pszenicy i jęczmienia.

Cudowne przejście przez Morze Czerwone.

Tam gdzie duża woda jest sucha ziemia,

Aby mogły przejść narody zniewolone.

 

Jest menora - świecznik siedmioramienny

I krzyż - symbol chrześcijaństwa.

Zapach kwiatów drzewa migdałowego przyjemny

I zioła, źródło wszelkiego lekarstwa.

 

Morwa i kiełkująca gorczyca

Jest obrazem królestwa Bożego,

Do którego drogę wyznacza winnica

Jako symbol narodu wybranego.

 

Głaz w Ogrodzie Oliwnym w swojej wymowie

Przypomina Chrystusa modlącego.

Z koroną cierniową na głowie

Tuż przed ukrzyżowaniem jego.

 

Rzuca się w oczy Studnia Jakuba.

Rośliny ciepłolubne uprawiane w donicach.

Ten ogród to wielka chluba.

Urządzony wolą ludzi w Proszowicach.

 

 

Donosy lipiec 2011 r.

CHYLĘ SWĄ GŁOWĘ

 

Chylę swą głowę przed łanem zboża,

Który wyrósł na zagonie.

Na naszej ziemi od gór do morza,

A na kłosach składam posiwiałe skronie.

 

Czuję w nich zapach Ojczystej Ziemi

I chleba wypieczonego mej matki rękami.

Widzę jak wiąże snopy pochylona nad nimi,

Zboża obrodzonego dorodnymi kłosami.

 

Widzę w nich płomień ciepła domowego

I bliskość mojego rodzeństwa.

I ojca ciężko pracującego,

Ostoję rodzinnego bezpieczeństwa

 

Czasami czuję dopalające zgliszcza

I nieprzyjemny zapach wroga.

Wtedy jest mi coraz bliższa

Ojczyzna droga.

 

W oczach majaczy kolor czerwony.

Krew to, czy polny bławatek?

I jeszcze biały, krwią poplamiony.

I drzewce do flagi na dodatek.

 

Tymczasem zniknął smutek i trwoga.

Nagle ujrzałem Ojczyznę wolną.

I wznosząc ręce do Pana Boga

Poszedłem do wolności dróżką polną.

 

 

Donosy, lipiec 2011 r.

DRZEWA

 

Te machające gałęziami drzewa,

To moi przyjaciele.

Tak bardzo mi ich potrzeba

I znaczą dla mnie wiele.

 

Kłaniają mi się rano,

Gdy z łóżka wstaję

I w południe tak samo,

Gdy sobie obiad daję.

 

Ślą pozdrowienia o zmierzchu,

Przed zaśnięciem dnia,

Jakby w wesołym uśmieszku

Gdy się dobry humor ma.

 

Czasami mi ich żal

Jak w deszczu mokną.

Tak patrząc w dal

Przez moje okno.

 

Ale jest mi weselej,

Gdy patrzę na nie markotny,

Chociaż ich jest tak wiele,

A ja samotny.

 

Nie wyobrażam sobie

Gdyby ich tutaj nie było.

Była by pustaka jak w grobie

I tak też by się żyło.

 

Dlatego smutek wszelki

Ukoją nawet drzewa.

I chociaż będziesz „wielki”

Wiedz, że je szanować trzeba.

 

Donosy, sierpień 2011 r.

DOKOŃCZONA ROZMOWA

 

Jakiś budynek, dość duży.

Ludzie, dużo ludzi.

Stoły, krzesła, fotele.

Gwar, hałas i my.

Chodźmy.

Porozmawiamy na polu.

W samochodzie.

Tam jest cisza.

Idziemy.

I sen się urywa.

Czar pęka jak bańka

mydlana.

Nazajutrz.

Dzwonek telefonu.

Podnoszę słuchawkę.

Cześć.

Możemy porozmawiać?

Oczywiście.

Przegadaliśmy 56 minut.

I tak oto

dokończyliśmy rozmowę

z poprzedniej nocy.

 

 

Donosy, wrzesień 2011 r.

Ś W I Ę C O N K A

 

Zapach jaj świeżo pomalowanych

Wypełnił kuchenne pomieszczenie.

Musnął mazurków i bab przygotowanych

Na jutrzejsze poświęcenie.

 

Kraszanki i pisanki kolorowe

Znajdą miejsce w koszyku.

Baranek zajmie miejsce honorowe

Obok wędlin i innych smakołyków.

 

Będzie też chrzan i trochę soli.

I chlebek świeżo upieczony.

Kto zechce jajka posoli,

Jedząc posiłek święcony.

 

Poświęcimy je w Wielką Sobotę.

W wigilię Pańskiego Zmartwychwstania,

Któremu ufundowano Golgotę.

Miejsce ukrzyżowania.

 

W piątek do grobu złożony,

A w skale wykuty grób Jego.

Choć właz kamieniem zastawiony.

Zmartwychwstał dnia trzeciego.

 

To zmartwychwstanie o świcie

W świąteczną Wielką Niedzielę

Obwieści dzwonów bicie

W każdym katolickim kościele.

 

Procesja wiernych wyjdzie na pole.

Dni radości i wesel nastąpią.

A my przy świątecznym stole

Będziemy się raczyć święconką.

 

 

Donosy, 6 kwietnia 2012 r,

WYZNANIE POLSKIEGO AMERYKANINA

 

Zostawiłem swój kraj rodzinny

I małe jeszcze dzieci.

Pomyślałem, że tam świat jest inny

I słońce inaczej świeci.

 

Opuściłem żonę z jej pięknymi oczami

I dziadków do ziemi pochylonych.

Rozstałem się z moimi rodzicami

I łanem zbóż jeszcze zielonych.

 

Pojechałem szukać chleba,

Chociaż w kraju nie miałem go mało.

Liczyłem na gwiazdkę z nieba,

której mi się nie dostało.

 

Ciężka praca na czarno

Dawała się we znaki..

W zamian za pół darmo

Dostałem na nogach żylaki

 

Żyłem w ciągłym stresie

I w wielkiej rozterce,

Więc po pewnym czasie

Wysiadło mi serce.

 

Chociaż chory byłem

Nadal pracowałem.

To co zarobiłem

Na leki wydałem.

 

Żona dzieciom poświęcała czas.

Gospodarstwo było ciężarem.

Oczy jej utraciły piękny blask,

A życie stało się koszmarem.

 

Niebawem zmarli dziadkowie,

Więc przeżyliśmy szok nie mały.

Rodzice powoli tracili zdrowie,

A dzieci ucząc się dorastały.

 

Wyrosły na zacnych ludzi.

Dzięki pracowitości żony,

Co zrozumiały zachwyt budzi,

A ja na zawsze zostałem skreślony.

 

Powróciłem po dwudziestu latach.

Tylko z neseserem.

Nie miałem powitania w kwiatach,

Bo byłem zerem.

 

Dzieci przyjęły mnie jak obcego pana.

I poszły do swego pokoju.

Tyłem odwróciła się żona kochana,

Chcąc mieć trochę świętego spokoju.

 

I tak skończyła się moje przygoda

W krainie płynącej miodem i mlekiem.

Żegnała mnie żona młoda,

A powróciłem starym człowiekiem.

 

Wszystko od nowa zaczynałem.

Trochę pomagali rodzice,

Lecz nigdy nie odzyskałem

Lat straconych w Ameryce.

 

Donosy, wrzesień 2011 r.

KAROLEK

 

Przyszedłeś na świat w lecie,

Gdy słonko wysoko na niebie.

Jako najcenniejszy skarb na świecie

Dałeś rodzicom siebie.

 

Dzisiaj zostałeś ochrzczony.

Karol Ci dano na imię.

Wodą święconą pokropiony

Zostałeś chrześcijaninem.

 

Na całym świecie to imię znane,

Które nosił Jan Paweł Drugi.

Tobie zostało przypisane,

Byś sławił jego zasługi.

 

Byś nie zapomniał o rodzicach,

O dziadkach i swojej rodzinie.

Całej, nie tylko w Prokocicach.

Niech pamięć o niej nie zaginie.

 

By wyrósł z Ciebie człowiek wspaniały.

Nieznany Ci był smutek wszelki.

I chociaż teraz jesteś mały,

To w przyszłości będziesz wielki.

 

A kiedy pójdziesz do Komunii Świętej,

To ten wiersz sobie przeczytaj.

Napisany na kartce z szuflady wyjętej

I o tego, kto go napisał zapytaj.

 

Pradziadek Zdzisław Kuliś

Donosy, 1 października 2011 r.

STRACH

 

Niewielka ławeczka.

Lato. On i ona.

Żywa rozmowa.

Tematom nie ma końca.

Księżyc w pełni ukazuje

ich młodzieńcze twarze,

jak dopiero co

rozwinięte kwiaty.

Obsypywani wzajemnie

pocałunkami snują

marzenia o przyszłości.

Przytulają się mocniej.

Nagle czerwienieje niebo.

Na północnym zachodzie.

Szybko zajmuje

duży obszar nieboskłonu.

Wkrótce połowa jest już

czerwono- pomarańczowa.

Ich twarze zmieniają kolor.

Tak samo ubrania.

Paraliżuje ich strach.

Przed czym?

Co to jest?

Pierwszy raz coś takiego.

Może to zorza polarna?

Cześć. Do jutra.

Rozeszli się w pośpiechu.

 

Donosy, październik 2011 r.

ZAPOZNANIE

 

Napięta pomiędzy dwoma

słupkami siatka.

Kilkunastohektarowe

lustro wody.

Skąpani w czerwcowym

słońcu urlopowicze

drugą kąpiel

biorą w wodzie.

Pływają kajakami.

Grają w siatkówkę.

Rozsypany piasek

parzy w stopy.

Na nim on i ona.

Jej aksamitna cera

przykuwa uwagę

jego czarnych oczu.

Niebieskooka blondynka

i wysoki brunet

bezładnie odbijają piłkę.

Wyciągnięte w górę

ręce obojga mijają się z nią.

Splatają się,

a oni wpadają sobie w objęcia.

Ja Justyna.

Ja Andrzej.

Do ślubu jechali saniami.

 

Donosy, październik 2011 r.

JAK TO SZYBKO MINĘŁO

 

Niedawno była wiosna.

Trawa po zimie zieleniała.

Nadchodziła pora radosna,

A młodzież w piłkę grała.

 

Ptaki budowały gniazda,

Zbierając w pobliżu ździebełka.

Równiutko słomka każda

Ułożona jak cegiełka.

 

Śpiewały przy tym wesoło.

Chwaliły się swoim trelem,

Rozglądając wokoło

Za swoim przyjacielem.

 

Potem nadeszło lato.

Więcej deszczu jak słońca było.

Nie dając nadziei na to,

By szybko się ociepliło.

 

Powodzie dawały „czadu”.

Rzeki przerywały wały.

Ponadto kule gradu

Niszczyły dorobek cały.

 

Zboże jednak w słomę strzeliło,

Wydając dorodne kłosy.

W końcu się ociepliło,

A chmury odsłoniły niebiosy.

 

Plony szczęśliwie zebrano,

Choć z trudem koszono zboże.

Pola już wszystkie poorano

I teraz pełno w komorze.

 

Rolnicy zajęli się wykopkami.

Zasiewy też są kończone

Zbóż zwanych oziminami,

By wiosną znów były zielone.

 

Donosy, październik 2011 r.

GDYBY NIE BYŁO WÓDKI

 

Gdyby nie było wódki,

 

To by jej ludzie nie pili.

Każdy byłby trzeźwiutki

I mniej by było debili.

 

Po wódce człowiek głupieje,

Bo ona rozum odbiera.

Nie wie co się z nim dzieje,

A niech ją weźmie cholera.

 

Wódka zabiera zdrowie,

Prowadzi do nieszczęść wielu.

Więc zanim legniesz w rowie,

Zastanów się przyjacielu.

 

Ona małżeństwa rozbija.

Prowadzi do rozwodu.

Po co się człowiek upija

Bez żadnego powodu?

 

Toż mówią, że na frasunek,

Gdy człowiek jest przygnębiony

Należy wypić trunek

I będzie zadowolony.

 

Niewiele pociechy z tego ,

Bo wywietrzeje trunek.

Najczęściej dnia następnego,

Wtedy to będzie frasunek.

 

Usta jakby zaprawą sklejone.

Zbolała głowa się zawraca.

Oczy jak ruska flaga czerwone,

A niech szlag trafi pijackiego kaca.

 

Donosy, październik 2011 r


NIE REZYGNUJ

 

Zanim wyrzekniesz ostatnie słowa,

Dopóki tkwi w Tobie duch Twój

I kiedy jeszcze wyraźna jest mowa -

Nie rezygnuj.

 

Dopóki masz myśl ciągłą i jasną

I widzisz w niej żywot swój,

A oczy patrzące nie gasną -

Nie rezygnuj.

 

Dopóki możesz zginać kolana

Załóż odpowiedni strój.

Idź drogą, choćby była nieznana -

Nie rezygnuj.

 

Dopóki kochasz swą ziemię

I cały jej uroczy wystrój,

A nadzieja w tobie drzemie -

Nie rezygnuj.

 

Dopóki serce potrafi kochać,

Świat jeszcze będzie Twój.

Choć słabe i może łomotać -

Nie rezygnuj.

 

Dopóki ruchome masz ręce,

Wykonaj znak krzyża Świętego.

Panu Bogu w podzięce

I nie rezygnuj z Niego.

 

Nie rezygnuj z rodziny i bliskich.

Pojednaj się ze znajomymi.

W nadziei na lepsze kochaj wszystkich,

Bo siła miłości cuda czyni.

 

Donosy, październik 2011 r.

SEKRETARZ

 

Ryk silników motocyklowych

Rozdarł zduszone powietrze.

Kilkadziesiąt maszyn stalowych

Mknie drogą w deszczu i wietrze.

 

Prowadzone przez miłośników,

Tych pojazdów dwukołowych,

O różnej pojemności silników,

Lśniących, chociaż nie koniecznie nowych.

 

 

Jednego dosiada postać znana.

W kombinezonie i ochronnym kasku.

Jego maszyna wypielęgnowana,

Aż oczy razi od bijącego blasku.

 

Bardzo polubił motocykle,

Kiedy był jeszcze młodzieńcem.

I jak to bywa zwykle

Stał się wielkim zapaleńcem.

 

Ze starego potrafi zrobić nowy.

Każdą usterkę usunie.

Innym pomóc gotowy,

Bo on to po prostu umie.

 

A kiedy już dosiędzie

Swego stalowego rumaka,

To pewne, że puchar zdobędzie,

Taki z niego „zawadiaka”.

 

Nazajutrz do biura wraca

I do fotela swojego,

Bo jego główna praca,

To sekretarz Starostwa Kazimierskiego.

 

Donosy, listopad 2011 r.


OWOC LATA


Siedzieli na porośniętym

trawą brzegu.

Nad kompleksem

ukwieconych łąk.

Była parna sierpniowa noc.

W dali migotały światła

wielkiego miasta.

Przytuleni do siebie

układali sobie przyszłość.

Marzyli o założeniu

rodziny, dwa plus dwa.

Co chwilę spadająca gwiazda

przecinała niebo.

Ratafia wprowadzała

w sielankowy nastrój.

Kiedy się ocknęli, świtało.

W pośpiechu pozbierali

rozrzucone ubrania,

kompletując je na sobie.

Wiosną następnego roku

odbył się chrzest

prześlicznego Wojtusia.


Donosy, listopad 2011 r.

WIDZIAŁEM ORŁA...

 

Widziałem orła białego

Z rozpostartymi skrzydłami.

Symbol narodu Polskiego

Od wieków będący z nami.

 

Widziałem orła na polach grunwaldzkich,

A wraz z nim król Jagiełło

Bronił od oprawców krzyżackich

Godła, by ono nie zginęło.

 

Widziałem orła na czapkach

Polskich żołnierzy walczących.

Z honorem do krwi ostatka

Z orzełkiem na mundurach konających.

 

Widziałem broniącą flotę morską

Od hitlerowskiej nawały.

Pod banderą Polską,

A z nią orzeł biały.

 

Wraz z Najświętszą Panienką

Bronił Częstochowy.

Chociaż okupiony ludzką męką

Nie zginął ten symbol narodowy.

 

Widziałem orła na stadionach świata,

Który obok hymnu Polskiego

Przez bardzo długie lata

Sławił kraj i drużynę jego.

 

I teraz sławił będzie

I nikt tego nie zmieni,

A kto się go pozbędzie,

Naród go oceni.

 

Donosy, listopad 2011


I KOŁO SIĘ ZAMYKA

 

Tysiąc czterysta

stopni Celsjusza.

Ogromna paszcza

smoka martenowskiego

zionie ogniem.

Pożera tony rudy,

złomu i komponentów.

Rozżarzona do czerwoności

lawa wypełnia

jego wnętrze.

Po uzyskaniu

odpowiedniej jakości,

spływa do wlewek,

gdzie zastyga.

Ogromne walce miażdżą

wielotonowe

bloki stalowe.

Odpowiednio cienka blacha

wędruje do fabryk.

A potem...

Potem widzimy ją

w wielu miejscach.

Najczęściej na drogach.

Poruszającą się

z nadmierną szybkością.

Często za sprawą promili

niszczy inne samochody.

Uderza w drzewa

wiadukty i mosty,

aby na koniec w postaci

zgniecionego złomu

wrócić w paszcze

martenowskiego smoka.

 

Donosy, grudzień 2011 r.

DWUDZIESTOLECIE I SZTANDAR

 

Związek Hodowców Gołębi Rasowych

I Drobnego Inwentarza,

To zespół ludzi do pracy gotowych

Pod okiem dobrego gospodarza.

 

Dziś mamy sztandar wręczony

Na dwudzieste urodziny.

Przyrzekamy, że będzie strzeżony

Dla dobra naszej związkowej rodziny.

 

Zjednoczeni pod własnym sztandarem

Będziemy bardziej zwarci.

Uporamy się z każdym zamiarem

I na wyzwania będziemy otwarci.

 

Sztandar jest znakiem Związku.

Symbolem wierności i honorem.

Mobilizuje do większego obowiązku

Bycia członkostwa wzorem.

 

Tego dorobku nie wolno zmarnować.

Z czasem go przejmie nowe pokolenie.

Dla potomnych trzeba zachować

To wielkie doświadczenie.

 

Na laurach nie przestaniemy.

Włożymy siłę całą.

Ciężko pracować będziemy,

Aby na tym sztandarze orderów przybywało.

 

Aby nasz Związek rozkwitał.

Od gór, aż po morze.

Jak długa i szeroka Rzeczpospolita

Tego sobie życzymy, szczęść Boże.


Donosy, grudzień 2011 r.

TO JUŻ ROK

 

W małym pokoju grupka osób.

Tak to się zaczęło.

Próbowano wypracować sposób,

Jak uczcić to co minęło.

 

Przywrócić naszej pamięci

Ojca Polskiej literatury,

Przy tym młodzież zachęcić

Do poznania ówczesnej kultury.

 

Otóż przed laty na ziemi tej,

Około pięć wieków temu

Żył twórca literatury Mikołaj Rej

I pamięć chciano poświęcić jemu.

 

Różne nazwy proponowano,

Lecz żaden pomysł nie odpowiadał.

W końcu najlepszy zaakceptowano

I tak się narodziła Reyada.

 

Dziś ma dopiero rok,

Niebawem wejdzie w drugi.

Stawia jeszcze nieśmiało krok,

A już ma pierwsze zasługi.

 

Konkursy z Rejem związane

I gęsim piórem pisanie.

Portrety mistrza rysowane

I jego historyjek czytanie.

 

Zasługi mają autorzy,

Którzy to dzieło stworzyli.

Kazimierskiej kultury nestorzy

Wysiłku nie szczędzili.

 

Należy ten czyn pochwalić.

W rocznicę, którą obchodzimy

Na torcie świeczkę zapalić

Na jej pierwsze urodziny.

 

Donosy 16 grudnia 2011 r.