http://www.zdzislawkulis.ecom.com.pl/

Krótkie wspomnienie Mundialu 1978

(fot. zbiory autora)


Donosy, 14-06-2018

XI Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej w 1978 roku odbyły się w Argentynie. W turnieju udział wzięło 16 drużyn (również Polska), rozegrano 38 spotkań. Finał Argentyna-Holandia po dogrywce zakończył się zwycięstwem gospodarzy 3:1, dwie bramki w tym meczu zdobył król strzelców turnieju - Mario Kempes (Argentyna). Łącznie zdobył 6 goli. Mistrzostwa świata w Argentynie były ostatnimi mistrzostwami z udziałem 16 zespołów. Zadebiutowały na nich reprezentacje Iranu i Tunezji [Wikipedia].

Po tym statystycznym wprowadzeniu chciałem Państwu pokazać plakat z tego Mundialu, który przechowywałem w moich zbiorach przez 40 lat oraz nazwiska naszych zawodników z plakatu.

Skład polskiej reprezentacji piłkarskiej na "Mundial 78"(od lewej z góry): Jan Tomaszewski, Jerzy Gorgoń, Zygmunt Kukla, Antoni Szymanowski, Mirosław Justek, Zdzisław Kostrzewa, Władysław Żmuda, Roman Wójcicki, Jacek Gmoch - trener selekcjoner, Andrzej Strejlau - trener współpracujący, Waldemar Obrębski - trener współpracujący, Henryk Maculewicz, Henryk Kasperczak, Kazimierz Deyna, Bohdan Masztaler, Wojciech Rudy, Marek Kusto, Andrzej Szarmach, Włodzimierz Lubański, Zbigniew Boniek, Włodzimierz Mazur, Grzegorz Lato, Adam Nawałka, Stanisław Sobczyński, Janusz Kuncewicz.

Zdzisław Kuliś


(fot. zbiory autora)

Uroczystości rocznicowe w Sielcu i Kazimierzy Wielkiej

uczestnicy uroczystości w Sielcu (fot. zbiory autora)
wiązankę kwiatów składa dyr. szkoły Piotr Bińkowski (fot. zbiory autora)



Kazimierza Wielka, 31-07-2018

Uroczyste spotkanie odbyło się 26 lipca przed kapliczką w Sielcu Kolonii na której jest wmurowana tablica pamiątkowa ku czci poległych w walce o wyzwolenie tego regionu z hitlerowskim okupantem. Przybyło na nią wiele osób ze Skalbmierza i okolicznych miejscowości.

Byli członkowie Stowarzyszenia Żołnierzy AK z Kazimierzy wielkiej z przewodniczącym oraz członkiem Zarządu Głównego SŻAK w Krakowie Józefem Belskim i wiele innych osobistości. Uroczystość rozpoczęła msza święta celebrowana przez księdza kanonika proboszcza parafii Skalbmierz kapelana służb mundurowych w powiecie kazimierskim Mariana Fatygę, który wygłosił również patriotyczną homilię.

Siedemdziesiąt cztery lata temu tu na tych polach rozegrała się krwawa bitwa aby powstrzymać wroga. W walce z okupantem ginęli nasi rodacy, znajomi i krewni. Dlatego tu pod tą kapliczką spotykamy się corocznie aby podtrzymywać pamięć o nich. Ta kapliczka i nie tylko ta jest symbolem naszego chrześcijaństwa, naszej wiary.

Sielec, przemawia Andrzej Bienias (fot. zbiory autora)
Sielec, poczet sztandarowy (fot. zbiory autora)


Przemówienia okolicznościowe wygłosili: Józef Belski - przewodniczący kazimierskiego Koła Stowarzyszenia Żołnierzy AK i Andrzej Bienias zastępca przewodniczącego tego Koła.

Jako, że w tym roku obchodzimy również 100. Rocznicę Odzyskania przez Polskę Niepodległości, Andrzej Bienias odczytał wiersz Zdzisława Kulisia specjalnie napisany na tą Rocznicę pt. NARODZONA NA NOWO. Zebrani wiersz nagrodzili brawami, a niektórzy prosili chociażby o jeden jego egzemplarz.

Kazimierza Wielka, przemawia Józef Belski (fot. zbiory autora)
grupa działaczy w oczekiwaniu na złożenie kwiatów (fot. zbiory autora)


kwiaty składa starosta Jan Nowak (fot. zbiory autora)
prezes Józef Belski (fot. zbiory autora)


Były poczty sztandarowe: Stowarzyszenia Żołnierzy AK z Kazimierzy Wielkiej i Związku Harcerstwa Polskiego ze Szkoły w Skalbmierzu. Na koniec uroczystości została złożona wiązanka kwiatów przez dyrektora szkoły w Skalbmierzu Piotra Binkowskiego, a uczestniczący w spotkaniu wierni odśpiewali ROTĘ.

Dwudziestego siódmego lipca minęła kolejna rocznica rozbrojenia Niemców i Ukraińców, którzy w czasie wojny okupowali Szkołę Podstawową nr 1 w Kazimierzy Wielkiej. Powstała Kazimiersko - Proszowicka Rzeczpospolita Partyzancka. Dla uczczenia tych wydarzeń w niedzielę 29 lipca w kościele parafialnym p.w. Podwyższenia Krzyża Świętego w Kazimierzy Wielkiej została odprawiona Msza Święta, a pod tablicą pamiątkową na Szkole Nr.1 złożono kwiaty.

Przemówienie wprowadzające wygłosił Prezes Koła SŻAK w Kazimierzy Wielkiej i zarazem członek Zarządu Głównego SŻAK W Krakowie Józef Belski i jego zastępca Andrzej Bienias. Następnie głos zabrali : starosta kazimierski Jan Nowak, prezes PIS w Kazimierzy Wielkiej Jarosław Miszczyk, Tadeusz Podkowa i Zbigniew Pogoda.

Po przemówieniach złożono piękne wiązanki kwiatów, a składającymi byli: prezes Koła SŻAK Józef Belski, starosta kazimierski Jan Nowak, zastępca Burmistrza Rafał Maderak, przedstawiciel PIS w Kazimierzy Wielkiej Jarosław Miszczyk, Tadeusz Podkowa.

Złożeniem wieńców zakończyła się kolejna uroczystość pod tablicą pamiątkową przy Szkole Podstawowej Nr 1 im. Hugona Kołłataja w Kazimierzy Wielkiej.

Zdzisław Kuliś


poczet sztandarowy w Kazimierzy Wielkiej (fot. zbiory autora)



Uroczystość jubileuszowa Stanisława Cęckiewicza ps. "Czarny"

Jubilat z córką w kościele, w głębi (z lewej strony) kpt. Antoni Sielecki (fot. zbiory autora)


Kraków, 7-08-2018

Wzniosła uroczystość odbyła się w dniu 5.08.2018 roku w Krakowie. Otóż Stanisław Cęckiewicz ps. Czarny zamieszkały w Krakowie, a pochodzący z Nowego Brzeska żołnierz Armii Krajowej walczący z Niemcami o wyzwolenie Ojczyzny, a po wojnie w podziemiu o godny Ojczyzny los obchodził dzisiaj 100. Urodziny.

Uroczystość zapoczątkowała Msza Święta w kościele św. Katarzyny w Krakowie, a później część oficjalna w lokalu przy ulicy Augustiańskiej też oczywiście w Krakowie. Były liczne przemówienia, życzenia, kwiaty, toasty, a nawet wiersz napisany specjalnie na tą uroczystość przez Zdzisława Kulisia kazimierskiego poetę regionalistę. Wiersz odczytała Józefa Miszczyk z domu Pajączek córka Józefa Pajączka, który poległ 5 sierpnia 1944 roku w bitwie o Skalbmierz z hitlerowskim najeźdźcą.

Poczet Sztandarowy Koła z Kazimierzy Wielkiej (fot. zbiory autora)
od lewej: Antoni Sielecki, córka Jubilata, Jubilat i Józef Żelaśkiewicz (fot. zbiory autora)


W uroczystości wzięły udział poczty sztandarowe z Kazimierzy Wielkiej, Miechowa i dwa z Krakowa - jeden to sztandar 106 Dywizji Piechoty AK, a drugi Zarządu Głównego SŻAK Kraków.

Postać Jubilata przedstawił zebranym, nawet dość szczegółowo w swoim wystąpieniu prezes Zarządu Głównego Stowarzyszenia Żołnierzy Armii Krajowej Józef Żelaśkiewicz ps Orlik. Łącznik dowódcy szturmowego Batalionu Partyzanckiego AK "Suszarnia". Po wyzwoleniu członek władz byłych żołnierzy Inspektoratu AK "Maria", a od 2016 roku Prezes Zarządu Głównego Stowarzyszenia Żołnierzy AK i ppłk w stanie spoczynku Wojska Polskiego.

List gratulacyjny w imieniu Zarządu Głównego Stowarzyszenia Żołnierzy AK przedstawił Stanisław Piwowarski z Miechowa członek Zarządu Głównego SŻAK W Krakowie.

ksiądz składa gratulacje Jubilatowi (fot. zbiory autora)
Stanisław Piwowarski czyta list gratulacyjnych (fot. zbiory autora)


Bardzo licznie zebrała się rodzina Jubilata oraz koledzy Akowcy ze sztandarami. Były nie lada trudności z życzeniami i nawet sto lat nie odśpiewano, bo to już minęło, a dwieście, to trochę nie logiczne, więc wszyscy życzyli drogiemu Jubilatowi jak najdłuższego życia przy zdrowiu i uśmiechu na co dzień. Ale oczywiście toast wzniesiono, a na twarzy jubilata będącego przy dobrym zdrowiu widać było uśmiech.

Po złożeniu gratulacji, listów gratulacyjnych i przemówień przyszedł czas na obiad, który serwowano w przytulnej restauracyjce przy ulicy Krakowskiej. No i oczywiście tort, wielki tort z napisem 100 LAT.

od lewej: Zdzisław Kuliś, Jubilat i prezes Zarządu Głównego SŻAK (fot. zbiory autora)
Józefa Miszczyk czyta wiersz Zdzisława Kulisia (fot. zbiory autora)


Młode pokolenie dostojnego Jubilata zadbało o to, aby każdy z przybyłych około 50 gości nie był głodny lub pragnący i był zadowolony ze zorganizowanego przez rodzinę przyjęcia. Młodzi członkowie rodziny z wielką uprzejmością pytali nas starszych, czy się dobrze czujemy, czy nam nic nie jest i nawet w kościele dyskretnie pytali czy nie chcemy wody. To się nazywa, rozumieć ludzi w podeszłym wieku. DZIĘKUJEMY.

Zdzisław Kuliś


toast za zdrowie Jubilata (fot. zbiory autora)
z lewej Józefa Miszczyk i Zdzisław Kuliś z kwiatami dla Jubilata (fot. zbiory autora)
z lewej Józefa Miszczyk i Jubilat (fot. zbiory autora)
Zdzisław Kuliś składa życzenia Jubilatowi (fot. zbiory autora)


Pożegnanie lata - powitanie jesieni...

przy stole (fot. zbiory autora)
od lewej Wiesław Rębacz i Zdzisław Kuliś (fot. zbiory autora)


Słonowice, 10-09-2018

Do tradycji już zaliczyć należy spotkania emerytów zrzeszonych w Kazimierskim Oddziale Związku Emerytów, Rencistów i Inwalidów w Kazimierzy Wielkiej na pożegnanie lata, a jednocześnie powitanie jesieni. Tak jak poprzednio, tak i teraz około pięćdziesiąt osób zebrało się w domku myśliwskim PIONIER w Słonowicach, aby w zaciszu i spokoju przede wszystkim odpocząć i przypomnieć o zmieniających się porach roku.

Wprawdzie astronomiczna jesień rozpoczyna się dwudziestego drugiego września o godzinie szesnastej dwadzieścia jeden, a kalendarzowa - dnia dwudziestego trzeciego września, ale spotkanie wyznaczono na dzień ósmego września, w szóstym dniu tygodnia, czyli w sobotę. Pogoda w tym dniu raczej letnia, ale pochmurna bez deszczu, chociaż w niedalekiej Kazimierzy Wielkiej popadał przelotnie dość obfity deszcz. Taka temperatura i pochmurny dzień towarzyszyły spotkaniu strudzonym długą pracą emerytów.

w rytmie muzyki (fot. zbiory autora)
Krystyna Kwiecień czyta wiersz Zdzisława Kulisia (fot. zbiory autora)

Spotkanie otworzył przewodniczący Wiesław Rębacz, serdecznie witając gości. Po części oficjalnej zajęto miejsca przy stołach i przystąpiono do konsumpcji. Stoły były zastawione różnego rodzaju wędlinami wiejskiego wyrobu, w tym smaczna kaszanka, boczek, pasztet i kiełbasa, a także pączkami.

Jako, że milowymi krokami zbliża się jesień, niespodzianką na czasie było odczytanie wiersza Zdzisława Kulisia pt. "Złota Jesień" przez Krystynę Kwiecień, który zebrani nagrodzili brawami.

Największą jednakże atrakcją była zabawa taneczna i niezawodny zespół Piotrex , który do tańca przygrywał na organach, jednocześnie śpiewając. Rozbrzmiewały znane melodie, a cała sala tańczyła do późnych godzin wieczornych z przerwami na posiłki, czy pachnącą kawę lub herbatę jak kto wolał.

przy ognisku (fot. zbiory autora)
przy stole (fot. zbiory autora)


Zrelaksowani panowie i panie rozchodzili się niechętnie do domów, żałując, że tak to szybko minęło. Do zobaczenia 20 października w Zajeździe Słonecznym w Donosach na spotkaniu z okazji Międzynarodowego Dnia Osób Starszych, a tam poza częścią oficjalną, w części rozrywkowej zapewne będzie wiele niespodzianek.

Często Kazimierski Związek Emerytów Rencistów i Inwalidów korzysta z gościnności Domku Myśliwskiego Koła Łowieckiego Pionier w Słonowicach, którego działaczem jest prezes Związku Emerytów Wiesław Rębacz. Nie sposób przy tym nie nadmienić, że Polski Związek Łowiecki obchodzi w tym roku 95. lecie swej działalności. W związku z tym Koło Łowieckie Pionier, które to w krótkim czasie będzie świętować 50. lecie zostało uhonorowane nagrodą oraz specjalnie ozdobnie oprawionym listem gratulacyjnym.

Zdzisław Kuliś


(fot. zbiory autora)

Złota jesień

Kiedy skowronek zwiastuje nadejście wiosny
I bocian powróci do gniazda swego,
Niebawem nadejdzie ów czas radosny
Po trudach okresu zimowego.

Krzewy i drzewa rozwiną swe liście
W kolorach pięknej zieleni.
I przy zmiennej pogodzie, oczywiście,
Będą trwać na konarach aż do jesieni.

A gdy znienacka jesień nadejdzie
I wraz z nią jesienne chłody,
Słonko na niebo już później wzejdzie,
Swą barwę zmienią ogrody.

Drzewa pozłocą liść jak lakiernik,
Toż dawno minął już wrzesień.
Nadszedł już malarz październik
I wymalował złotą polską jesień.

Pola przybiorą barwę szarości,
Zostaną tylko jesienne zasiewy,
Które będą czekać w samotności
Na wiosenne ptaków śpiewy.

Pod niebem stadami całymi
Ciągną ptaki z północy na południe,
Szukając miejsca na ziemi
Tam, gdzie słonko świeci cudnie.

U nas zostaną wierne wróbelki.
Niech w zimę każdy o nich pamięta,
Robiąc sobie wysiłek niewielki,
Dokarmiaj te małe ptaszęta.

Zdzisław Kuliś; Donosy, wrzesień 2009


Dąb Wolności posadzony w Donosach

Wiesław Rębacz i Zdzisław Kulis, który czyta wiersz (fot. zbiory autora)


Donosy, 23-10-2018

Tak się składa, że jesienią mamy kilka Świąt poświęconych nie tylko emerytom, ale w ogóle ludziom starszym. I tak w dniu 1 października przypada Międzynarodowy Dzień Osób Starszych, 20 października Europejski Dzień Seniora i 14 listopada Ogólnopolski Dzień Seniora. Kazimierscy Emeryci, Renciści i Inwalidzi nie mogli pozwolić, a by te Święta na naszej pięknej Ziemi kazimierskiej pozostały bez echa. W związku z tym połączono je razem i zorganizowano w wypośrodkowanym terminie 20 października spotkanie w Zajeździe Słonecznym w Donosach, które to poświęcono tym właśnie Świętom.

Ale nie tylko. Albowiem w tym roku obchodzimy Setną Rocznicę Odzyskania przez Polskę Niepodległości. Dlatego nie uszło to uwadze kazimierskim emerytom i znaczna część spotkania poświęcona była temu Świętu. W spotkaniu wzięło udział około siedemdziesiąt osób, między innymi: burmistrz Miasta i Gminy Adam Bodzioch, starosta kazimierski Jan Nowak i dyrektor Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w kazimierskim starostwie Bożena Pytel.

Uroczystość otworzył prezes Kazimierskiego Oddziału Związku Wiesław Rębacz, który gorąco powitał wszystkich zebranych, życząc im długiego życia w zdrowiu, a po jego przemówieniu wszystkim emerytom oraz ludziom starszym zaśpiewano sto lat na stojąco. Zaproszeni goście w swych przemówieniach nawiązywali do tradycji obchodzenia Święta Międzynarodowego Dnia Osób Starszych.

Zofia Gradzi czyta wiersz (fot. zbiory autora)
przemawia starosta Jan Nowak (fot. zbiory autora)


Święto to obchodzone jest pierwszego października, a ustanowione zostało przez Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych czternastego grudnia 1990 roku. Jest ono poświęcone zagadnieniu starzenia się i jest okazją do intensywniejszego propagowania postulatów mających na celu poprawę sytuacji osób dojrzałych, walki z dyskryminacją, zapobiegania niepełnosprawności, zapewnienia odpowiedniej opieki zdrowotnej i równego udziału w rozwoju kulturalnym i ekonomicznym społeczeństw. W naszym przypadku termin obchodów ustalono na dzień 20 października zgodnie z harmonogramem Zarządu opracowanym w miesiącu styczniu na cały 2018 rok.

Po przemówieniu starosta wręczył piękny bukiet kwiatów dla wszystkich emerytów na ręce emerytki Mieczysławy Cebuli.

Dużo miejsca poświęcono 100. Rocznicy Odzyskania Niepodległości. W tym celu głos zabrał Zdzisław Kuliś kazimierski poeta regionalista i fotografik członek Związku Emerytów i Rencistów, który odczytał wiersz pt. "Narodzona na nowo" specjalnie napisany na tegoroczne obchody tej bardzo ważnej dla Polaków rocznicy. Wiersz został nagrodzony gromkimi brawami. Następnie Zofia Gradzi też odczytała wiersz swojego męża Krzysztofa dotyczący życia emerytów.

STO LAT na stojąco (fot. zbiory autora)


A potem? Potem było drugie danie, kawa lub herbata, jak kto lubi, i ciasto, a jeszcze potem była najważniejsza część taj uroczystości: posadzenie "Dębu Wolności". Delegacja utworzona z chętnych emerytów prowadzona przez organizatora tego przedsięwzięcia Zdzisława Kulisia przeszła spacerowym krokiem do donoskiego parku, gdzie posadzono okazały dąb, który był przygotowany w odpowiednim miejscu i każdy chętny obsypał jego korzenie symboliczną łopatą ziemi. Między innymi czynność tę wykonał Jan Nowak, Adam Bodzioch, Wiesław Rębacz, Zdzisław Kuliś, Walentyna Kasiak. Sadzonkę i teren pod jego posadzenie przygotował Bogusław Adamski z pomocą Zdzisława Kulisia, bowiem na ich posesji ten dąb był hodowany przez Zdzisława przez sześć lat.

Jest to piękne duże dębisko hodowane specjalnie na ten jubileusz. W sadzeniu z satysfakcją pomagało młode pokolenie, Ewelina i Bogusław Adamscy i ich dwaj synowie Tomasz i Kamil, wnukowie Zdzisława. Im to przypadnie pielęgnowanie i doglądanie tego pamiątkowego drzewa, bo my już jesteśmy w jesieni życia. Jest ono posadzone na obrzeżach parku w bezpośredniej bliskości posesji Adamskich, więc obserwowanie jego wzrostu nie będzie trudne tym bardziej, że widać go nawet z tarasu przy domu. Na posadzonym dębie zawisła pamiątkowa tabliczka z napisem 100 LAT NIEPODLEGŁOŚCI.

sadzenie dęba. Bogusław Adamski z rydlem z lewej Adam Bodzioch burmistrz (fot. zbiory autora)
starosta Jan Nowak sadzi dąb (fot. zbiory autora)


Posadzenie dębu oraz napisanie 100 wierszy na 100. LECIE PAŃSTWA POLSKIEGO było moim marzeniem, które zrodziło się u mnie dwa lata temu w 1050. ROCZNICĘ CHRZTU POLSKI. I w dniu 20 października 2018 roku na 22 dni przed Świętem Niepodległości marzenie moje zostało spełnione.

Niełatwym i wymagającym wysiłku zadaniem było napisanie 100 wierszy w czasie dwóch lat, ale dałem radę. Połowa z tych wierszy jest pięcio i sześcio - zwrotkowych, a pozostałe nie mniej jak siedem, a są też takie, które mają ponad 10 zwrotek. Ponad 50 wierszy tworzy książkę pisaną wierszem, która powstała by po pominięciu tytułu każdego wiersza i miała by ona ponad 300 zwrotek. Zastanawiam się, czy obok książki pisanej prozą, która już jest ukończona wydać ją pisaną też wierszem.

Walentyna Kasiak przy sadzeniu dęba (fot. zbiory autora)
po pracy, czas wracać do lokalu (fot. zbiory autora)


Sztandarowym wierszem z tych stu jest wiersz Narodzona na nowo, ale są też takie jak: Święty Jan Paweł II, O losie czegoś mnie pokarał, Satyra na obłudnego człowieka, Tysiąc pięćdziesiąt lat Państwa Polskiego, Dziewięćdziesiąt lat Jedynki, 660 -lecie Proszowic i wiele innych okolicznościowych oraz różnych.

Po powrocie do Zajazdu po posadzeniu dęba postanowiliśmy też urozmaicić tę uroczystość piosenką. Prym w tym temacie wiódł chórek emerycki składający się z pań: Kwiecień Krystyna, Walentyna Kasiak, Stefan Jedynak, Helena Zimnicka, Maria Zielonka przy akompaniamencie Piotra Dratwy. Z dużym zaangażowaniem zaśpiewano kilka patriotycznych pieśni, których w skupieniu słuchali uczestnicy spotkania.

chórek, od lewej: Maria Zielonka, Krystyna Kwiecień, Helena Zimnicka, Stefan Jedynak i Piotr Dratwa (fot. zbiory autora)
wesołe tańce (fot. zbiory autora)


Następnie przyszedł czas na program rozrywkowy, a w nim tańce w rytm gry zespołu Piotrex z Kazimierzy Wielkiej. Królowały melodie taneczne z lat sześćdziesiątych ulubione przez emerytów. Chętnych do tańca nie brakowało i chociaż emeryci to ludzie nie młodzi, jednakże na parkiecie było tłoczno. Przy zakąskach kawie i herbacie bawiono się do późnych godzin wieczornych, a rozchodząc się słychać było jak zawsze: do zobaczenia!

Zdzisław Kuliś


uśmiechnięte kelnerki (fot. zbiory autora)

Narodzona na nowo

Przez sto dwadzieścia trzy lata byłaś w niewoli,
A tak naprawdę, to z mapy świata wymazana.
Ta rana choć zabliźniona ciągle boli
Polsko, moja Ojczyzno kochana.

Trzy rozbiory o Tobie zadecydowały
I upokorzyły abyś padła na kolana.
Trzy sąsiednie państwa po kawałku rozebrały
Ciebie Polsko, moja Ojczyzno kochana.

Jak kawałek płótna rozdarły i zagrabiły.
W tym wielkim nieszczęściu zostałaś sama.
Nie miałaś poparcia państw, które by Cię broniły
Polsko, moja Ojczyzno kochana.

Sto dwadzieścia trzy lata upokorzenia.
Na obcych dyktatorów byłaś zdana.
Nie miałaś nic do powiedzenia
Polsko, moja Ojczyzno kochana.

Ale ona nie zginęła i nie zginie.
Sto lat temu z rąk rozbiorców została wyrwana.
I na całym Świecie jest powtarzane jej imię
Polska, moja Ojczyzna kochana.

Dzięki nieustającej walce Ojców Niepodległości
Józefa Piłsudskiego i Dmowskiego Romana
Narodziłaś się na nowo ku naszej radości
Polsko, moja Ojczyzno kochana.

Ignacy Paderewski, Ignacy Daszyński, Witos Wincenty
I Wojciech Korfanty historyczna postać znana
Bronili każdy kawałek naszej Ziemi jak Święty
Polsko, moja Ojczyzno kochana.

Po wielu Wielkich Powstaniach przez te lata
Nawała rozbiorców została pokonana.
Wolna wróciłaś na mapę Świata
Polsko, moja Ojczyzno kochana.

Dziękujemy też Tobie Panienko Święta,
Matko Boża, Ty Narodu Polskiego Królowo,
Bo Polska zawdzięcza Tobie i pamięta,
Że narodziła się na nowo.

Zdzisław Kuliś; Donosy, kwiecień 2018


Dwudziestu ich było - wspomnienie jesień 1944 cz. I

(fot. fakty.interia.pl)


Donosy, 15-10-2018

Zjawili się niespodziewanie. Nawet nie wiadomo z której nadeszli strony. Godziny przedpołudniowe spokojnej rodziny zostały zakłócone przybyciem niespodziewanych "gości" w niemieckich mundurach uzbrojonych w karabiny. Starsze rodzeństwo było w szkole, natomiast ja z rodzicami byliśmy w domu, a raczej w tym czasie przed domem. Kiedy rodzice usłyszeli jakieś głosy w obcym języku wybiegli przed dom, a ja za nimi. Nie zważając na nas weszli do domu. Krzykiem zażądali jedzenia i rozsiedli się w naszym domu, gdzie tylko było można i w ten sposób zaczęli okupację nie tylko naszego domu, ale również całego obejścia. Nie pomógł płacz ani błagalne krzyki. Niemcy się rozpanoszyli i za byle co grozili karabinem. Nie było wyjścia, trzeba było tylko czekać na dalszy rozwój sytuacji.

Dom nie był duży. 12 metrów długości i sześć szerokości. Drewniany, kryty dachówką, tak z zewnątrz jak i wewnątrz bielony na biało. W domu naszym były dwie izby: kuchnia i druga izba zwana pokojem, a także sień i spiżarka zwana komorą.

Jak się szybko okazało byli to rzeczywiście żołnierze niemieccy, bo rodzice rozpoznali niemieckie mundury oraz mowę w języku niemieckim. Mieli ze sobą dwa wozy konne tzw. furmanki, które ciągnęły konie. Wozy postawili za domem na niewielkiej łączce, natomiast był problem z końmi ponieważ nie było takich pomieszczeń, gdzie mogli by je wprowadzić. Był wprawdzie z tyłu domu chlew dobudowany do niego, ale to było małe pomieszczenie, gdzie zaledwie mieściła się jedna krowa, a w rogu był zbudowany chlewik, gdzie były zazwyczaj dwie świnie.

Stodółka też była, ale nie było do niej jak w innych stodołach tradycyjnych wrót, jedynie małe drzwi, którymi mógł wejść tylko człowiek. Dziw, że nie kazali ściany rozwalać i poszerzać drzwi. Znaleźli jednak inne rozwiązanie. Żeby więc nie zostawić koni na dworze, zaprowadzili je do sąsiada, który miał trochę większą stodołę i tam z powodzeniem na krótki czas mogły pozostać. Konie nie mogły zostać na dworze nie tylko dlatego, że było by im może zimno, ale przede wszystkim dlatego, że trzeba je było ukryć, żeby nie zwrócono na nie uwagi przez niepożądane dla Niemców osoby. To były cztery dorodne konie, więc miejsca potrzebowały dużo. Ja wtedy miałem niespełna pięć lat, ale niektóre momenty pamiętam. Zapamiętałem np., że dwa konie były maści siwej.

Mieli również dwa psy wielkie jak sąsiada kozy. Tata mi powiedział po cichu, że to są wilczury. Psy umieścili w chlewie przywiązując je do jakiegoś haka przymocowanego do słupa. Z tymi psami, to też był kłopot, bo trzeba było je nakarmić. Ale czym? I o tym mama też musiała pomyśleć. Więc ugotowała im ziemniaków. Roztopiła trochę nie bardzo świeżego masła, którym polała ziemniaki i wlała jeszcze do tego ciepłego mleka. Włożyła to wszystko do dość dużego, płaskiego, starego garnka i długim kijem tata podsunął im to pod nos. Zjadły wszystko i jeszcze garnek wylizały. Chyba im smakowało, bo zaraz potem zaczęły szczekać, że aż u sąsiada było słychać, bo zaniepokojeni wyglądali ukradkiem co się dzieje.

Kiedy już rozlokowali sprzęt, konie i siebie zapanował spokój i cisza. Wcześniej karabiny zdjęli z ramion, oparli o ścianę, każdy obok siebie, a oni usiedli gdzie tylko mogli: na łóżkach, krzesłach jakie były, na stołeczkach, które tata dla nas małych dzieci zrobił, a nawet na stole. Na dworze stała taka długa ławka, to też ją jeden przytaszczył do domu, postawili pod ścianą i tam siedzieli. Jeden uzbrojony żołnierz pełnił wartę na tyłach domu przy narożniku pod rozłożystym orzechem. Stanowisko wybrał dobre, bo w tym miejscu był niewidoczny zasłonięty od góry przez konary orzecha, a z boku przez rosnące w pobliżu krzewy agrestu i malin oraz drzewa owocowe. On natomiast mógł wszystko widzieć co się dzieje wokół, a także na niebie, gdyby nadleciały samoloty.

Tylko mama krzątała się koło kuchni przygotowując im coś do jedzenia. Jak wspomniałem wyżej, gdy weszli zażądali czegoś do jedzenia. No, co rodzice moi mogli im dać, kiedy mieliśmy tyle, żeby dla nas starczyło na dziś i może na jutro, a potem znowu trzeba było zabiegać, żeby siedmioosobową rodzinę wyżywić. Był jedynie chleb, który mama upiekła dwa dni temu i jeszcze był. Mama piekła chleb raz w tygodniu, sześć bochenków, które wystarczały nam na tydzień. To dla nas, ale dla dwudziestu głodnych chłopów? Te cztery bochenki, które jeszcze były zjedli zostawiając trochę do zupy, którą mama gotowała, a której sobie zażyczyli. Gorącą zupę chcieli. Obojętnie jaką, ale zupę i gorącą.

Z opowiadania mamy, już po zakończeniu działań wojennych zapamiętałem, że jeden żołnierz był bardzo młody i mówił także po polsku. Usiadł przy kuchni, zdjął buty i żalił się na zły los. Mówił między innymi, że bardzo bolą go nogi, a tu trzeba iść i iść. Tymi furmankami, które mieli, rzadko jechali, bo nie chcieli przeciążać koni. A więc szli obok wozów, które były czymś załadowane, ale czym nie wiadomo. Może tam była amunicja, a ta przecież jest bardzo ciężka. Ja byłem bardzo ciekawy, jak zresztą do tej pory i wspiąłem się na koło jednego z wozów, żeby zobaczyć co tam jest. Ledwie zerknąłem na ten wóz od góry, a już wartownik, który pełnił służbę zobaczył mnie i zaczął szwargotać donośnym głosem po niemiecku, aż zeskakując z tego koła ze strachu wywinąłem kozła i nieźle się potłukłem. Zdążyłem jednak zobaczyć jakieś garnki, naczynia kuchenne i potłuczone szkło w tyle wozu, a reszta była przykryta jakąś, ja to nazwałem płachtą. Tak samo był przykryty drugi wóz. To co widziałem mam w pamięci do dziś.

W pewnym momencie przyszedł do nas kuzyn, który był w partyzantce. Kiedy się zjawił przy furtce, strażnik zaraz zareagował i pędem podbiegł do niego. Wybiegło też z domu kilku innych z karabinami gotowymi do strzału. Początkowo nie chcieli go wpuścić nawet za ogrodzenie, ale tata powiedział, że on jest naszym kuzynem i często do nas przychodzi. Tą wypowiedź taty przetłumaczył im młody Niemiec, który umiał polsku, a o którym wspomniałem wyżej. Tak im przetłumaczył, że zrozumieli, że on u nas mieszka, jest członkiem naszej rodziny. Dopiero wtedy go wpuścili. Od tej pory sytuacja stała się bardziej napięta, bo ten Tadek przyszedł rozpoznać sytuację, czy nie byłoby możliwości ich rozbrojenia.

Możliwość zawsze była, tylko jak by się to skończyło, to w tym momencie trudno było przewidzieć. Dwudziestu żołnierzy uzbrojonych, przygotowanych w każdej chwili do walki, rozbroić przez prawie nie uzbrojonych i nie wyszkolonych partyzantów, to było zadanie nie do wykonania. Trzeba by było ściągnąć posiłki z okolicznych wiosek, którzy mieliby dobre uzbrojenie. Z tego co zapamiętałem z opowiadania, to w mojej wsi było kilku partyzantów i mieli jeden karabin, który się zacinał. Raz wystrzelił, a drugi raz nie. Gdyby mieli karabin maszynowy, to mogło by się udać, biorąc ich na strach z zaskoczenia. Pamiętam z opowiadania taką sytuację, która wydarzyła się gdzieś w pobliskiej Gminie.

Otóż w tej gminie było czterech żołnierzy niemieckich. Przyszli do wójta załatwiać jakieś sprawy. Weszli do pomieszczenia i rozmawiali z urzędnikiem stojąc do drzwi wejściowych tyłem. Widział to mieszkający w pobliżu partyzant, który już od dłuższego czasu ich obserwował. Partyzanci mieli w pobliżu gminy w krzakach ukryty karabin maszynowy, do którego on też miał dostęp. Gdy nadarzyła się taka korzystna sytuacja postanowił ją wykorzystać. Nie szukał posiłków, bo na to trzeba czasu i Niemcy mogli by odejść skąd przyszli. Pobiegł w krzaki, złapał karabin, postawił go bezszelestnie w drzwiach prowadzących do pomieszczenia, gdzie byli Niemcy, wystawiając lufę skierowaną do nich. Oni zajęci dyskusją z urzędnikami niczego się nie spodziewali, a on podszedł do nich od tyłu, złapał jednego z nich za ramię, a gdy tamten się odwrócił pokazał palcem wycelowaną w nich lufę i krzyknął: hande hoch! Niemcy przerażeni podnieśli ręce do góry, a ten bez problemu pozabierał im karabiny, pistolety i wszystko, co tam jeszcze mieli. Sam jeden rozbroił czterech Niemców.

Tadek sytuację rozpoznał, pomyślał, że czas na niego i chciał iść do swojego domu, a może przedstawić sytuację kolegom i ewentualnie zastanowić się co robić dalej. Jak gdyby nigdy nic podszedł do furtki z myślą wyjścia na drogę. W tym słyszy doniosły głos: Halt. To strażnik niemiecki krzyknął, a gdy Tadek nie zwrócił na to uwagi pobiegł do niego z karabinem gotowym do strzału. Zdezorientowany kuzyn nie wiedział o co chodzi, dopiero po chwili zrozumiał, że nie może opuszczać naszego gospodarstwa. Po dłuższych pertraktacjach pozwolono mu iść pod warunkiem, że przyniesie kości dla psów. A Tadeusz wcale nie myślał o żadnych kościach, bo niby skąd miałby je wziąć. Jak poszedł, tak przepadł i nie wrócił.

Kiedy zupa była już gotowa, czekający na nią zgłodniali Niemcy sami sobie z dużego gara nakładali do menażek, które ze sobą mieli na wyposażeniu i jedli chyba ze smakiem i z chlebem, który jeszcze pozostał. Natomiast po obiedzie nie było, ani zupy ani chleba. Dobrze, że mama nam coś przygotowała oddzielnie i pojedliśmy do syta. Przecież nas było pięcioro rodzeństwa w różnym wieku od pięciu do szesnastu lat i dwoje rodziców, to też jedzenia trzeba było dużo.

Niemcy rozsiedli się na dobre i w ogóle nie mieli zamiaru nigdzie iść. Natomiast rodzice zrozumieli, że będą u nas nocować i zaczęli się martwić gdzie my będziemy spać. Gdzie nasze ulubione posłania na których Niemcy z brudnymi buciorami leżeli, ponieważ nie wszyscy je zdjęli. Kiedy zaczęło się ściemniać kazali rodzicom przynieść słomy i rozścielić na podłodze. Dużo słomy, żeby im dobrze było spać. Kiedy tata nie bardzo się spieszył do noszenia słomy krzyczeli na niego donośnym niemieckim głosem gestykulując przy tym rękami. Wystarczyło usłyszeć ich szwabski głos, to już strach człowieka ogarniał.

W chlewie zaraz za drzwiami stało koryto zrobione z grubych desek w którym od jesieni do późnej wiosny siekało się buraki pastewne dla krowy i świń. Wkładało się do koryta buraki oczyszczone wcześniej z ziemi i specjalnym siekaczem siekało się na drobniutko. Siekacz, to był taki kawałek grubszej blachy wygięty w kształcie litery S z jednej strony zaostrzony i oprawiony na około 1,5 metrowej długości kiju. Brało się to urządzenie do rąk i energicznie wbijało w buraki od czasu do czasu je mieszając i siekało się dotąd, dokąd nie były drobne. Te posiekane buraki mieszało się z sieczką, posypywało ospą i dawało krowie, a ona je ze smakiem jadła. Dlaczego buraki musiały być posiekane na drobno. Otóż dlatego, żeby je krowa nie wybrała z sieczki. Duże kawałki łatwo by jej było wybrać i zjeść, a sieczka by pozostała, natomiast małe było trudniej i musiała je jeść razem z sieczką.

Piszę o tym jaki związek miało to z Niemcami, którzy okupowali nasz dom. Taki, że nadeszła pora przyrządzenia krowie jedzenia i trzeba było usiekać buraków, bo czego innego nie było. Samej słomy jeść nie będzie. Ale jak tu siekać, kiedy w chlewie są dwa wielkie psy akurat w pobliżu koryta. Trzeba było sobie jakoś z tym poradzić. Wziął tata jakiś długi kij, na końcu wbił w niego gwóźdź, otworzył do chlewa drzwi, bezpiecznie tak aby go te hitlerowskie psy nie dosięgły, zahaczył tym gwoździem za koryto i wyciągnął go na dwór. Ustawił koło stodoły i tam starszy brat Tadek (imię takie same jak miał kuzyn partyzant) siekał te buraki póki jeszcze było widno.

Niebawem nadszedł wieczór, Niemcy rozglądali się po powale, gdzie tu wiszą jakieś żarówki, ale nic nie zobaczyli. Wtedy upewnili się, że tu nie ma prądu. Wołali żeby zaświecić światło, to tata im zaświecił jedną lampę naftową, pamiętam dokładnie numer 5. Lampy były numerowane. Czym mniejszy numer, tym mniejsza lampa, tak jak buty czy odzież. Jakie to miało znaczenie. Bardzo duże. Kto miał dużo pieniędzy, to kupował lampę nawet nr.10. To była bardzo duża lampa i nie chodziło tu o cenę zakupu takiej lampy, tylko o koszt jej eksploatacji. Duża lampa świeciła bardzo jasno, ale spalała dużą ilość nafty, a że nafta była droga, to mało kogo było stać na większy zakup.

cdn.

Zdzisław Kuliś

Dwudziestu ich było - wspomnienie jesień 1944 cz. II

(fot. fakty.interia.pl)


Donosy, 26-11-2018

A więc zaświecił tata tą lampę jedyną na cały dom, Niemcy krzyczą, żeby zaświecić światło, a tu nie ma co. Dopiero im ten młody co siedział przy kuchni i umiał po polsku przetłumaczył, że tu już nie ma co świecić. To wpadł tym szwabom pomysł, żeby zapalić ognisko, to będzie od niego ciepło i widno. I znów ten młody musiał im tłumaczyć, że jak zapalą ognisko w tym domu, to spali się wszystko i wszyscy. Nie daj Boże co myśmy z tymi Niemcami przeżyli. Pomimo że światło było nikłe, to jednak kazali zasłonić okna czym się dało, żeby żadne światło na dwór nie przebijało.

Oni natomiast rozłożyli mapę i przy pomocy tego młodego Niemca i taty chcieli ustalić gdzie dokładnie są. Tata na tej ich mapie tyle się znał co nic, ale podobno mieli mapy bardzo szczegółowe. Z tego co się tata zorientował, to oni chcieli dojść do drogi w kierunku Krakowa i będąc w Kazimierzy Wielkiej weszli nie w tą drogę w którą chcieli. Zamiast iść drogą przez Donosy poszli drogą przez Odonów, a tej drogi prawdopodobnie nie mieli na mapie i stąd całe zamieszanie. Gdy doszli już do początków Chruszczyny Wielkiej, tam gdzie my mieszkaliśmy zorientowali się, że popełnili błąd i dlatego się zatrzymali, żeby się odnaleźć w terenie.

Po przestudiowaniu mapy postanowili, że nie zostaną na noc, tylko pójdą dalej, co wszyscy przyjęliśmy z wielką ulgą. Sęk jednak tkwił w tym, że nie wiedzą jak stąd wyjść i jak dojść do tej drogi, która prowadzi do Krakowa. Tą drogą przy której my mieszkaliśmy też można było dojść do Krakowa, ale była ona dłuższa i gorsza. Ładnie powiedziane, że można było dojść do Krakowa jakby ten Kraków za miedzą był, a tu ponad 50 kilometrów wyboistej nie utwardzonej drogi. Może już gdzieś koło Kocmyrzowa była lepsza i to wszystko.

To co najgorsze miało dopiero nastąpić. Otóż niebawem zaczęli szykować się do drogi, sprowadzili od sąsiada konie, zaprzęgli do wozów, uzupełnili umundurowanie i gotowi do drogi wzięli jako zakładnika naszego tatę. Pod lufami karabinów wyprowadzili go z domu i krzykiem kazali mu iść przodem, aby wskazywał im drogę. W pobliżu naszego domu biegła polna droga łącząca Chruszczynę Wielką z Donosami przez które biegła droga w stronę Krakowa i byliśmy święcie przekonani, że tata wyprowadzi ich tylko do tej polnej dróżki i za niedługo wróci. Ale nie wrócił. Kiedy wychodził z tymi okupantami płacz w domu był okropny, a kiedy nie wrócił za pół godziny, to już był lament. Najbardziej baliśmy się o mamę. Miała niezbyt zdrowe serce i prosiliśmy Boga, żeby to wszystko przetrzymała.

Tymczasem wieść o tym, że nasz dom okupują hitlerowcy rozeszła się po okolicznych wsiach i możliwość zaatakowania ich i rozbrojenia rozważali partyzanci z tychże wsi. Z tego co dowiedzieliśmy się później podjęcie takiej decyzji nie było łatwe, bo w domu oprócz nich była jeszcze cała nasza rodzina, siedem osób. Jak to zadanie wykonać żeby żadnemu z nas nie stała się krzywda, to był dylemat. Jednakże decyzja zapadła, że zaatakują o godzinie drugiej w nocy. Jeden partyzant przez cały czas obserwował ruchy Niemców z ukrycia i z dalszej odległości jako, że teren ten był otwarty. Mieszkaliśmy wśród łąk, a z jednej tylko strony posesja nasza przylegała do sąsiada. W niewiadomy dla mnie sposób partyzanci powiadomili tatę, żebyśmy w tę noc w domu nie spali, tylko u sąsiadów, bo wszystko może się wydarzyć. I tak też rodzice zadecydowali, a sąsiedzi chociaż mieli trudne warunki na pewno przyjęli by nas serdecznie.

Jednakże takiej potrzeby nie było, bo Niemcy wyprowadzili się wieczorem i pod osłoną nocy chcieli przejść kawał drogi. Jednakże, żeby przez noc doszli do Krakowa, to bardzo wątpię. Było by to możliwe gdyby droga była dobra i jechali na tych furmankach. Dopiero po upływie wiele tygodni, kiedy dowiedzieliśmy się, że atak na nasz dom był przez partyzantów planowany doszło do naszej świadomości, że pomimo że Niemców już by w tym czasie nie było, a partyzanci nie wiedząc o tym w planowanym czasie zaatakowali, to mogli nas wymordować nie chcący. Ale widocznie mieli dobry wywiad i do tego nie doszło.

Najgorsze jest wyczekiwanie kogoś bliskiego, który poszedł pod groźbą karabinów z okupantem i nie wiadomo czy wróci. Jeszcze w naszej świadomości nie zatarła się pamięć, kiedy to dwa lata temu wyczekiwaliśmy przyjścia mamy, którą Niemcy złapali wracającą z targu i wywieźli do Koniecmostów koło Wiślicy do okopów, a tu znowu wyczekujemy przyjścia taty. Oto "uroki" wojny. Wydawałoby się niektórym, że nas w takim wiejskim grajdołku, daleko od dużych miast wojna nie dotknęła, a o niej wiemy tylko tyle, co usłyszymy od innych osób. Ale to nieprawda. Nie było chyba takiego zakątka w naszym kraju, który w mniejszym lub większym stopniu nie byłby dotknięty tą okrutną wojną.

Czas płynął, a taty nie ma. My młodsze dzieci zaczęliśmy usypiać toż to była noc. Nie mieliśmy się nawet gdzie położyć. Wielkiego bałaganu po niemieckich żołnierzach trudno było ogarnąć, więc mama położyła nas gdzie mogła,